Na wagę złota

Są w życiu takie chwile, które mijają tak szybko, zanim na dobre zdążysz nasycić się przeżywaniem.
Takie są narodziny.
Skoro się na coś czeka, długie 9 miesięcy to zakończenie oczekiwania powinno być adekwatne do odczuwanego zniecierpliwienia. Taka chwila, wymarzona, długa, ślimacząco powolna, klatka po klatce.

A tu pyk. Dziecko wyjęli, wytarli, przynieśli przyłożyć twarz do twarzy.
Jest jedna taka chwila kiedy czas się zatrzymał. Mała, przyłożona policzkiem do mojego policzka, natychmiast przestała płakać. Zasnęła w momencie.
Pachniała słodko, neonatolog rzekł : „10/10 – jest idealna”.


Takie mi się to nieprawdopodobne wydało. Idealna z nieidealnego. Że moja, że TAKA, że nigdy nie widziałam piękniejszego dziecka. Obiektywna prawda nie jest ważna. Każda mama gdy już zobaczy swój cud, do końca życia zapamięta obraz najpiękniejszego na świecie dziecka. Tego własnego.

A ja się „spodziewałam komplikacji”, zakładałam „trudną ciążę”, może przeleżaną, jakąś tam problemową ogólnie. Zamiast tego pojawił się cud. Taki mały, z noskiem pyrkatym, wszystkim na miejscu.
No nie może być po prostu.

Zabrali ją i czas zaczął pędzić. Ledwo ją ujrzałam, już jej nie ma. Sprzeciw mi się wewnętrzny obudził. Że jak to tak. A gdzie to całe „kangurowanie” – skóra do skóry, nasze, tylko nasze dwie godziny. Niestety, cesarka mnie z tego obdarła. Leżałam, tępo wpatrując się w sufit (naczytałam się w internecie, żeby w niego nie patrzeć, ale zerknęłam kątem oka – i uff nie widzę własnych wnętrzności!),z ulgą zauważyłam, że ucisk z żeber zelżał.
Całą końcówkę ciąży, kiedy dziecko już intensywniej się ruszało i osiągnęło dość pokaźne rozmiary, bolało mnie prawe żebro. Jakby ucisk. Znikł.
Szyto moją skórę, 4:25 rano. Nie dzwoniłam do rodziny. Poinformowałam tylko męża na szybko, między skurczami, wdechem jednym a drugim. Nie było sensu, żeby jechał. I tak by go nie wpuścili do rana, a ja zapewne za chwilę zasnę.
To nic. Nie bałam się. W końcu od 9 miesięcy nigdy nie byłam sama. Dziecko – ze mną jadło, ze mną spało, mnie kopało dając znać o sobie. Teraz, gdy się urodziła, poczułam pustkę, ale nie samotność. Bo Ona była, gdzieś tam,w  przeźroczystej rynience na noworodkowym. Wielka szkoda, że beze mnie, że ja bez niej, że my same. Bez tego czasu dla siebie. Dotąd jednym ciałem, teraz każda, pierwszy raz – osobno.

Pojechałam na pooperacyjną.
Tam próbowałam spać, nie udawało się zbytnio – pikanie automatycznych ciśnieniomierzy z łóżek obok wybijało mnie ze snu. A chciałam spać. Żeby szybciej minęło, nastał nowy dzień i przynieśli do mnie dziecko.
Mimo, że widziałam ją przez moment to wiem, że poznałabym ją wszędzie. Bo była Moja.

Wiedziałam, że ranek, i następne dni – będą trudne. Nie chodzi o to, że będzie bolało. Wiem., że tak. Zawsze boli. Operacje chirurgiczne, które kiedyś przeszłam też owocowały bólem i zazwyczaj morfiną – przez pierwsze dwa dni. Tak mi się wydawało, że rozcinanie brzucha boli bardziej niż łamanie kości i wkręcanie płytek. Nastawiałam się na hardcore. Lepiej się przecież zaskoczyć pozytywnie.
Bardziej obawiałam się o Małą. Nie o siebie, nie o to jak sobie poradzę, nie mogąc podnieść się do niej z łóżka tak szybko jak inne mamy, ale o nią. Że może nie dostanie wszystkiego czego potrzebuje, nie ukoję tak szybko jej płaczu jak powinnam, nie chwycę w objęcia otaczając ochronny parasol. Bałam się, że będzie się czuła samotna. Chciałam jej dać bezpieczeństwo, siebie. Powoli poznać się nawzajem.
Nie wiedziałam jak zrobić to w szpitalu, gdzie szalał sezon grypowy, zakazano odwiedzin, a ja nie mogłam wstać.
Z pomocą przyszedł personel. Zaproponowano mi – zapewne z korzyścią nie tylko dla mnie, ale i dla personelu – dwuosobową salę z całodobową asystą męża. M. dostał lekarski kitel, naszykowano pokój.
Wszystko nieodpłatnie. To była dla mnie wielka ulga. Będzie i mama, i tata. Gotów podbiec kiedy trzeba, przytulić, przekazać do mnie.

Pomimo tego, że M. był w szpitalu dość szybko, dużo wcześniej zanim przewieziono mnie z sali pooperacyjnej, nie poszedł na oddział noworodkowy. Smsował ze mną. Bał się. Iść na spotkanie naszemu dziecku, samotnie, z obawami, że może nie będzie potrafił bezpiecznie chwycić, zabraknie przeczucia, instynktu jak się zachować. Taka trema przed najważniejszą chwilą, którą boisz się zepsuć.

Przyjechałam z bloku na salę. Stał, w niebieskim kitlu lekarskim, dla niepoznaki dla innych mam – bo przecież zakaz odwiedzin. Dostał kod do drzwi dla personalu, aby było lepiej funkcjonować. Zamówiono dla niego nawet posiłki w kuchni.
A potem przywieźli dziecko.
Stanął jak wryty. Chwilę mu zajęło zanim podszedł się przywitać, z najbardziej oczekiwanym prezentem jaki mogliśmy dostać. My niepewni, jacyś tacy nieśmiali nagle, w obliczu największego sprawdzianu w życiu, patrzymy na tą piękną istotkę…a ona patrzy na nas szeroko otwartymi oczami. Cicha, spokojna. Nie śpi i patrzy. Taka maleńka i krucha, a jakby chciała nam powiedzieć „damy radę, wszystko będzie dobrze”.
Będzie, najważniejsze, że jesteśmy we trójkę.

Trzeba dodać, że zarówno Ja, jak i M. nie zajmowaliśmy się dotąd noworodkiem. Pierwsze było wszystko. Przewijanie, ubieranie, karmienie, odbijanie po jedzeniu. Pokazano nam, raz.
A później – po prostu poszło. Instynkt siedzi w głowie. Trzeba się tylko odpowiednio nastawić. A my podeszliśmy zadaniowo. Głaskałam małe rączki, przytulałam, zabiegi pielęgnacyjne na razie wykonywał mąż, z zadziwiającą precyzją. Nie pomagał nam nikt. Zabierano Małą tylko na kąpiel. Mimo, że była możliwość nocnej opieki położnych na noworodkowym – woleliśmy, żeby została z nami. Nauczyć się, wypracować zachowania, póki jeszcze jesteśmy pod okiem doświadczonego personelu i w razie problemów możemy prosić o pomoc.
Mała współpracowała pięknie, poddawała się zabiegom, płakała niewiele, jak to noworodki mają w zwyczaju – spała bardzo dużo, na tyle dużo, że musieliśmy ją budzić na karmienie.
Właśnie – karmienie.
Przed urodzeniem dziecka właściwie obojętne mi było w jaki sposób będę karmić.
Ale kiedy już A. pojawiła się na świecie – nagle oczywiste stało się, że – chcę, muszę, będę – karmić w sposób naturalny. Jeżeli się uda, rozkręcić laktację, która, nie chciała zaskoczyć. Dziecko nie umiało ssać, zasypiało w minutę przytulone do mnie, wybudzanie nie pomagało. Dokarmianie butelką miało zniwelować spadek wagi (dziś wiem, że to żadna konieczność, dziś bym zrezygnowała – wtedy robiłam wszystko, co mi się wydawało słuszne ), oprócz tego z uporem maniaka pracowałam nad sobą laktatorem metodami zaproponowanymi przez doradcę laktacyjnego – regularnie – co 3 godziny, nawet w nocy. A każdą zdobytą kroplę podawałam dziecku. W międzyczasie uczyliśmy córkę ssać, budząc co chwilę. Zaskoczyło mnie jak szybko dziecko potrafi zasnąć przytulone do mamy. Jakby ciepło, które od niej otrzymuje wystarczało za wszystko, spełniało wszystkie potrzeby na raz z bliskością na czele.

Kłopoty z karmieniem mieliśmy długo, dopiero w domu, po 2 tygodniach udało się całkiem odstawić mieszankę. Nie powiem, żeby bez obaw. Prześladowała mnie obsesja, że moje dziecko się ” nie najada”. Nie wiedziałam wtedy, że żołądek noworodka jest wielkości mojego kciuka i wystarczy niewiele by się najeść, albo, że mleko mamy jest lekkostrawne – to należy jeść mniej, za to często.
Dużo wysiłku kosztowała mnie decyzja, żeby zupełnie odstawić MM, nawet jeśli wówczas mamy spędzić z Małą cały dzień w pościeli – ucząc się jeść. To samo tyczy się zgody na płacz, który w tej sytuacji mógł się pojawić. Naturalnie, maluch, kiedy płacze, krzyczy tak – jakby chodziło o przetrwanie – i rzeczywiście tak jest. To jedyny znany komunikat znany dziecku. Krzyk o pomoc.
Wiem, że to trudno udźwignąć. Ale wsparłam się rzetelną wiedzą. Jeśli chcę karmić ją sama – muszę rozkręcić laktację, a tylko dziecko zrobi to najlepiej, pobudzając produkcję oksytocyny.
Wygrałyśmy, butelka poszła w odstawkę, po kilku ciężkich dniach.
Wtedy, chyba pierwszy raz w życiu czułam taki prawdziwy sukces. Nagrodą za mój wysiłek była świadomość, że nie tylko potrafię wykarmić własne dziecko, ale tym samym daję mu to co mam najlepszego.

Takich „egzaminów z bycia mamą” – jest wiele, każdego dnia. Nie ma materiału do wyuczenia, uniwersalnych metod. Można podeprzeć się wiedzą, jak to jest w przypadku karmienia piersią na przykład. Reszta przychodzi sama, z instynktem macierzyńskim w pakiecie i z doświadczeniem. Zdasz jeden egzamin, za chwilę nadejdzie nowy. Mamy wózkowe mają ich więcej, bo mierzą się także z własnym ograniczeniem, społecznym tabu, z bezradnością i psychiczną niemocą, która czasem dopada. Ale są przy tym wszystkim jeszcze bardziej waleczne, przez doświadczenia, które wcześniej nabyły. Więcej doceniają. Łatwiej, przy mniejszej frustracji. Z pokorą nikt się nie rodzi. Podobnie jest z pogodzeniem się z losem, czy z wolą walki.
To doświadczenia zdobyte, z każdym przejechanym kilometrem, krawężnikiem na drodze, krzywym spojrzeniem, czy życzliwym uśmiechem obcego.
W przypadku macierzyństwa – trudniejszego niż zwykle – nie potrzebujemy specjalnych nagród. Mówiłam Wam – jest zwyczajnie.

Najlepsza nagroda jest dokładnie taka sama dla wszystkich mam.

Dziecięcy uśmiech.

 

Reklamy

4 thoughts on “Na wagę złota

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s