Prawo własności

Wszyscy mamy coś co jest tylko „Nasze”. Określa Nas, definiuje, nazywa. Jest znakiem rozpoznawczym, tak charakterystycznym, że nawet obudzeni w samym środku nocy, potrafilibyśmy bezbłędnie wskazać tę rzecz. To taka część tożsamości, niezbędnik, który zlepia wszystko w jedną całość.

Dzieci mają misie. Moja córka ma jednego. Małego, dostanego od A. Kubusia Puchatka, nie wiedzieć czemu przebranego w strój Prosiaczka. Z kapturkiem, imitującym Prosiaczkową głowę. Niby nic, a jednak coś. Kiedy zniknie robi się nieswojo. Z tego też właśnie powodu w ostatnią niedzielę zmuszeni byliśmy zadzwonić do babci D. by sprawdzić czy został po ostatniej wizycie. Został, jest – wrócił i świat odzyskał porządek.

Dorośli mogą mieć różne rzeczy. Zapach perfum, ten niezmienialny od lat, gerberową szminkę, ukochany ciuch.

Mali ludzie mają jednak to do siebie, że gdy się respektuje ich granice, z prawem własności na czele – odwdzięczają się tym samym. Małe bose stopy z prędkością światła biegną co rano krzycząc do taty ” telefon, podam!”.

Ami bezbłędnie rozróżnia do jest czyje. Od telefonu, książki nieopatrznie pozostawionej na stole, poprzez zbłąkaną pojedyńczą skarpetkę. Wtedy, w małym mózgu uruchamia się oprogramowanie, ukierunkowane na cel pt. „oddać właścicielowi” – za wszelką cenę. Można się potknąć, wpaść na pagórki z misiów, rozrzucić stertę klocków, gdy nadepnie się w biegu. Grunt by być pierwszym, obronić przedmiot i zwrócić.

Tak funkcjonujemy od ładnych paru miesięcy. Telefon taty jest nietykalny. Nie, żeby mi właśnie padła bateria a taty smartfon to jedyny kontakt ze światem. TATY przecież!

Mam taką rzecz. Tylko moją. Nie dotykaj, nie przestawiaj, ani się waż choćby oprzeć!

Wózek. Czarny. Panthera U2, z tych aktywnych lekkich. Trzeci w mojej wózkowej kadencji. Sfatygowany już trochę, lakier odpryskuje z bocznych kół czasami boleśnie wbijając się w palec, podczas szybciej jazdy. Pod paznokieć. Ale mój. Ami respektuje owe prawo do Maminej własności, i broni mojego sprzętu z całą mocą.

Nie opieraj się.

TO MAMY!

Nie dotykaj stopą.

MAMY! MADZI!

Broń cię Panie Boże nie próbuj nawet
siadać.!

Ziejć! Ziejć! Mamy ! Maamyy Madzi! – krzyczy to Moje Małe kochane, z pieluchą po kolana i bosymi stopami. Broni mojego.

Czasami pozwala sobie usiąść, kiedy ja zajęta jestem tworzeniem niebotycznie wysokiej wieży ze wszystkich klocków wysypanych na podłogę, albo chowam do pudła dziesiątki dziecięcych książek. Był czas gdy chciała by ją wozić jak mamę. Minęło.

Teraz wozi mnie  („Ama! pomozie!” ), gdy ją najdzie ochota, czasami udajemy, że jedziemy pociągiem – wydaję wtedy z siebie głośne „puf-puf-puf..” a dookoła mnie siedzą wszyscy paseżerowie misie i lale, tak, że dla mnie zostaje miejsca jakoś na jeden półdupek. Eskortuje mnie tak do łazienki.

Wózek jest mój, tylko mój. Druga skóra. Całe lata mi zajęło by zacząć go tak traktować. Część siebie, niezbędny charakterystyczny rekwizyt. Bez wartościowania. Ciągle był wyparty z głowy. Nie było go nawet na zdjęciach – stał z tyłu, zamiast na pierwszym planie. Zanegowany, wypchnięty poza margines. A jest już ze mną na stałe przecież ponad 10 lat.

To tylko przedmiot, to ja sama gdzieś, kiedyś nadałam mu kontekst, z którym trudniej się zmierzyć. Ten negatywny.

Dla mojej córki to po prostu rzecz, niezbędna mamie. Kiedyś potrzebowałam psychoterapii, teraz mam dziecko, które kocha mnie całą.

Razem z kołami.

 

przytulanie

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s