Zaradność matki

Pierwsze dziecko, pierwsza ciąża. Z zaskoczenia lub całkiem oczekiwana. Wszystko jedno. Sęk w tym, że w chwili gdy dowiadujesz się co też wkrótce nastąpi, rozpoczynasz planowanie. W zależności od doświadczeń otoczenia, krążących w otoczeniu mitów i legend odnośnie tego co to znaczy być matką – wizje są dwie. Albo masz dom pachnący ciastem, dziecko śpiące w łóżeczku, opatulone w rożek w kolorowe misie, włosy nienagannie ułożone, obiad dwudaniowy i malnięte oko albo… żyjesz na mrożonkach, dziecko nie śpi wcale, a już na pewno nie w łóżeczku a dom zarósł brudem. Skrajnie przeciwstawne wizje, zero środka, pocieszenia, zwykłej normalności codziennego dnia. Pewnie – naiwnie byłoby oczekiwać, że nie zmieni się nic, a macierzyństwo to tęcza i jednorożce, ale do katastrofy też mu daleko.

Też się nasłuchałam. Niespełna dwa lata temu gdy byłam w ciąży. Znam obie wizje. Najbardziej jednak brakowało mi czegoś innego – innej mamy w mojej sytuacji. Jednej chociaż. Chciałam się przestać czuć jak dinozaur.

To dziwne uczucie, kiedy jedziesz tramwajem w zaawansowanej ciąży, i czujesz na sobie dziesiątki par oczu.  Nie, żeby zaraz coś tym spojrzeniom przypisywać. Nie w tym rzecz. Zdziwienie było niezaprzeczalne. Najpierw oczy patrzą na twarz, zjeżdżają niżej na nogi, a potem powoli, powoli wracają w górę i zatrzymują się na brzuchu. Potem była chwila zadumy, mikrosekundowy błysk uśmiechu albo odwrócony wzrok.

Zdałam sobie wówczas sprawę, że to… DZIWNE.

Mam 26 lat i nigdy, nigdy w całym swoim życiu nie spotkałam na żywo kobiety na wózku i jednocześnie w ciąży. Dlaczego?

Jak to jest? Czy tych obaw jest tak dużo, że obezwładniają? Hamują decyzję? Zniechęca lekarz, położna, matka? Sama kobieta? Partner?

GDZIE jest ten problem?

Obiło mi się kiedyś o uszy, że mieć dziecko będąc niepełnosprawną to tak trochę jakby dziecko miało dziecko. Bo przecież skoro niepełnosprawny to znaczy potrzebujący pomocy. To gdzie tu jeszcze zmieścić wychowanie kompletnie bezradnego Małego Człowieka? Że to się kłóci, że obowiązek w dużej mierze spada na partnera, który ma wówczas dwójkę do opieki, a to może być bagażem nie do udźwignięcia. Zupełnie tak jakby wózek oznaczał bezradność. Zespalał się z osobowością, nie pozwalał rozwijać skrzydeł inaczej, kształtować, owszem inne, ale nadal (!) skuteczne mechanizmy radzenia sobie. Może z większym wysiłkiem, ale też bez przesady. Nie dorabiam tutaj ideologii, nie przypisuję sobie nadludzkiej siły – wychodzę z założenia, że każdy człowiek jest zdolny do poradzenia sobie z sytuacją w jakiej się znalazł – czy chodzi o niepełnosprawność, czy o niepełnosprawność z macierzyństwem w pakiecie. Zwyczajnie – z braku innego wyjścia. Żaden heroizm. Robię tylko to co leży w zakresie moich możliwości. A, że one są inne i muszę się łapać innych rozwiązań i kroczyć innymi ścieżkami to inna sprawa.

Nie przepadam za podziwem. Zazwyczaj ujawnia mi się wtedy drugie dno – skoro ktoś mnie podziwia, to sytuacja w której się znajduję, to faktycznie jest kanał. Chyba nie. Może jest inaczej, może bywa trudniej, może częściej muszę mieć plan i mniej w tym wszystkim spontanu. Aż tyle i tylko tyle.

Czemu rodzicielstwo niepełnosprawnych fizycznie to aż tak wielkie tabu? Czemu niesie tyle obaw? Bo dobra matka to zaradna matka. Hipotetycznie zdrowa matka ma większy potencjał do bycia zaradną, niż ta z ograniczeniami.

Swoją ciążę prowadziłam w prywatnym gabinecie u lekarza z polecenia. Nie było to może super tanie rozwiązanie, ale dawało mi komfort bycia zaopiekowaną bez dodatkowej oceny. Poród to już zwykły szpital. Całkiem sensowny, z  rozumiejącym personelem. Dało się przeprowadzić wszystko tak, że czułam się zwyczajna. Jak wszystkie przyszłe matki.

Potem przyszedł power. Zgasiłam lęki w zarodku i nagle okazało się, że da się przenieść dziecko tak by nie zrobić mu krzywdy, mimo, że ręce są mi potrzebne do poruszania się (nauczyłam się chustować). Wszystko się da, tylko nie mogę dać się ubezradnić przez to całe morze obaw, które artykułuje mi otoczenie, najczęściej zaczynające się od „A jak ty….”. Gdy uruchomiłam w głowie opcję ” nie boimy się, działamy” –  dało się już wszystko. Udało nam się kp ( i udaje się nadal ;)) , kąpanie, przebieranie, przenoszenie. Zwykłe życie. Czasem z ciastem w piekarniku, czasem bez obiadu. Żadnych skrajności, żadnych porównań, żadnej pułapki ” a ja im pokażę, że zrobię to jeszcze lepiej”.

Nie szufladkuję się jako „niepełnosprawna”, ani nie staram się być w pełni zdrową. To drugie przyszło mi zdecydowanie trudniej i pojawiło się chyba dopiero wraz z dzieckiem. Dopiero teraz przestałam szarpać się z sobą . Nic nie muszę. Nie muszę udowadniać, przynależeć do grupy, heroicznie walczyć o to by „być jak reszta”. Że to jak ktoś mnie odbiera to jest JEGO, nie mój problem.

Na moją tożsamość składa się bardzo wiele. Wózek też, ale to zaledwie kawałek. Jest jeszcze mama, żona, córka, koleżanka. Mnóstwo ról, bogactwo twarzy. Żadna nie jest mniej lub bardziej wartościowa, wszystkie potrzebują zrozumienia.
Ami za miesiąc skończy 2 lata. Nie tylko chodzi ale i biega. Nie czuje się bardziej bezradna niż wtedy kiedy nie potrafiła chodzić jak ja. Uczeń przerósł mistrza w rozwoju fizycznym ale to nadal maluch. Coraz bardziej samodzielny, ale nie mniej potrzebujący Mamy. Przy niej czuje się zwyczajna, po prostu. To mnie napędza. Na każdy dzień. Po Naszemu.
Moja córka nie pyta czy może, czy potrafi. Pyta JAK i szuka rozwiązania. Ma wiarę w swoją sprawczość. Ja też.
Nauczyła mnie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s