Wózkowy pacjent

Profilaktyka jest ważna. Okulista, dentysta, od czasu do czasu ginekolog. Skupię się teraz na tym ostatnim. Zewsząd przypominajki. Jakie to istotne, że trzeba, bezapelacyjnie trzeba, im wcześniej tym lepiej. Wizyty kontrolne, samobadanie, cytologia i badanie krwi. Tyczy się to wszystkich kobiet – bez wyjątku.

Zatem mamy teraz kobietę wózkową, co to się najpierw przedziera jakoś przez morze architektonicznych barier typu ” nie ma podjazdu, ale jest winda/platforma na klucz, który jest sobie „niewiadomo-gdzie.

„Niewiadomo-gdzie” okazuje się być zazwyczaj kieszonką w fartuchu „babci klozetowej” , haczykiem w kanciapie  u portiera albo nigdy nie zostaje zlokalizowane i pozostaje niewiadomą.  Zależy ile mam czasu, czy zechce mi się dociekać. Nie mam co prawda pojęcia dlaczego zazwyczaj jest tak, że, żeby skorzystać z udogodnień rzekomo właśnie dla mnie przeznaczonych (?) muszę się ostro nakombinować, rezerwując zwykle na to dodatkowy czas. A on dla mnie też jest cenny, ma znaczenie. Zdarza mi się spieszyć – jak każdemu. Projektanci „udogodnień” chyba rzadko biorą ten argument pod uwagę.

No, ale zaraz, wróćmy do lekarza, o tym przecież miało być. Ginekolog, specjalność jak każda inna, oferująca wsparcie w zachowaniu intymnego zdrowia, antykoncepcji i tak dalej. Skorzystanie z tejże pomocy wymagać może co prawda przełamania wewnętrznego tabu własnej intymności , ale tu już z pomocą powinna przyjść empatyczna postawa lekarza, w parze z atmosferą komfortu i zaufania…..

Brzmi jak z ulotki reklamowej prywatnych gabinetów?

A owszem, brzmi.

To teraz zejdę na ziemię. Do przychodni xx , w dużym polskim mieście, udałam się  jako nastolatka, pełnoletnia już byłam, więc może lepiej napisać „dorosła kobieta” – żeby tym bardziej podkreślić absurdalność sytuacji, którą Wam opiszę. Przychodnia z tych zwykłych, na NFZ, co to mają podjazd zewnętrzny, prowadzący do budynku, ale na tym przygoda z komfortowym poruszaniem się dobiega końca- w środku bowiem – windy brak.

Aby wczołgać się na drugie piętro skazana już byłam na pomoc osób trzecich, a, że w przychodni raczej nie przesiadują ludzie w pełnym zdrowiu – bezpieczniej było mieć kogoś do asysty ze sobą.

Wzięłam M. Na to wszystko jeszcze, stała się jedna z tych sytuacji, które nie sposób przewidzieć. Wózek mi padł. Niby to jasne, że wszystkie przedmioty często używane, czasem znienacka się psują, mimo serwisowania. No zepsuł się mi , dziad jeden! Żeby było jeszcze śmieszniej i zaskakująco zepsuł się tak, jak rzadko. Koło mu odpadło! To jest tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne przecież, ja zwarta i gotowa, w butach i kurtce, robię zamaszysty ruch ręką by jechać i zonk – gruchnęło coś, śrubka poszła – koła ni-ma. Tego małego, na przodzie, usterka prosta , niemniej nie do wyeliminowania na już, kiedy czas goni i zegar tyka.

Dobrze mieć silne męskie ramiona. Wniosły mnie do auta, a potem na drugie piętro przychodni, do poczekalni, z prędkością światła niemalże, ale niestety – spóźniłam się. Niemiła perspektywa, staram się szanować czas innych ludzi, ale zdarza się najlepszym.

Wpadłam do przedsionka gabinetu, parę minut „po”. Sekretarka pani doktor zaczęła zbierać wywiad, zwykły, jak to bywa u lekarza, zatrzymała się przy celu wizyty, żeby wiedzieć czy to coś pilnego, bo „pani doktor się spieszy”,  moje 5-minutowe spóźnienie znacząco skróciło czas przewidziany na wizytę.

Badania chciałam, zwykłe standardowe na poziom hormonów jakie to się przepisuje w celu  dopasowania tabletek, tych antykoncepcyjnych, których się używa przecież nie tylko ze względu na działanie „anty”, ale także np. na kłopoty z cerą. Typowa wizyta zdaje się.

Sekretarka informuje lekarkę siedzącą w gabinecie nieopodal, że jestem. Przyszła dziewczyna, spóźniona co prawda, ale jest. Na wózku, spóźniła się, bo wózek się zepsuł.

– ” Po co przyszła?”

– ” Na wizytę, badania, po tabletki antykoncepcyjne”

Lekarka z perspektywy gabinetu nie wiedziała, że siedzę w przedsionku i słyszę rozmowę. Zapewne dlatego pozwoliła sobie na wypowiedź, która wbiła mnie w fotel i odebrała motywację.

” Że co? A po co dziewczynie na wózku tabletki antykoncepcyjne?”

Kurtyna opada, w drzwiach staje kobieta 50+, z nalaną antypatyczną twarzą, rudym włosem, dzielącym się na czworo, dawno nie widzącym wody. Napisałabym Wam nazwisko, niekoniecznie ku przestrodze 😉 było po prostu prześmiesznie pasujące do wykonywanego zawodu. Z tego powodu na pewno nigdy jej nie zapomnę. Ale lepiej nie. W czeluściach internetów nic nie ginie, więc pozostawmy ją anonimową.

Dostrzega mnie. Siedzę cicho, na leżance.

Mina jej rzednie, twarz przybiera kilka kolorów jednocześnie, usta się poruszają jak rybie bez wody, oczy błądzą po ścianach, poszukując argumentów.

To było w czasach kiedy byłam mniej asertywna niż teraz. Bardziej zamknięta, mniej waleczna niż jestem obecnie. Ale sposób w jaki lekarka wypowiedziała ostatnie zdanie rozwścieczył mnie do głębi. Zasmucił jeszcze bardziej. Właściwie wywołał całą mieszaninę różnobarwnych odczuć jednocześnie.

Zapytałam przewrotnie : „A co ma sposób poruszania do tabletek antykoncepcyjnych, które się zresztą stosuje z różnych przyczyn?”

Padały argumenty o skutkach ubocznych stosowania tabletek, rosnące ryzyko zakrzepów, bo osoba na wózku ” to przecież tak samo jak leżąca w bezruchu na łóżku, zakrzepy mogą się porobić, no…. ” i tyle. Zero merytorycznej dyskusji, na mój argument, że nie mam zaburzeń krzepliwości, owszem, ruszam się mniej, ale między byciem wózkowiczem a leżeniem w bezruchu jak kłoda – znajdzie się jeszcze cała paleta możliwości… brak odpowiedzi. Na moje stwierdzenie, że zapewne każdy użytkownik tabletek niezależnie od sposobu poruszania jest skazany na regularne kontrole – również cisza.

Nie chodziło o troskę o zdrowie , a o stereotyp, w imię którego niepełnosprawna kobieta nie jest jednocześnie aktywna seksualnie. To się po prostu niektórym  z sobą nie łączy. Za ciasny horyzont myślowy zapewne.

Skierowanie na badania krwi w kierunku doboru tabletek – owszem, dostałam. Ale to była moja pierwsza i jedyna wizyta w tamtym gabinecie. Dopiero długo po niej znalazłam następny gabinet, do którego prowadziło pięć, zamiast czterdziestu schodów, fioletowa sofa w poczekalni zapraszała do siedzenia. Rachunek był proporcjonalny do usługi. Lekarka empatyczna, przyjaźnie nastawiona. Szybko, miło, bez zbędnych słów i niepotrzebnych komentarzy. Po ludzku.

Profilaktyka. Tak potrzebna, a rzadko systematycznie praktykowana, kiedy musisz uderzać głową w mur. Najpierw konfrontujesz się fizycznym ograniczeniem oraz własnym wstydem wynikającym ze świadomości  niedoskonałości ciała, które chcąc nie chcąc musisz przed kimś obnażyć, a potem z ludzką niechęcią. niewiedzą  i brakiem tolerancji. Nie zawsze. Są empatyczni lekarze, nie stygmatyzujący niepełnosprawnych. Tacy, którzy otwierają szeroko oczy ze zdumienia, słysząc opowieść z moich wcześniejszych doświadczeń.

Mało ich – ale są.

Szukam ich, jeśli znajduję , polecam dalej.

Bo myślę sobie co by to było gdybym na taką osobę trafiła z Ami w brzuchu. Nigdy nie mogę przestać wątpić w swoją normalność i możliwości. To jedna z moich rodzicielskich powinności. Rosnąć w siłę, w zgodzie ze sobą, nie przeciw sobie. W akceptacji, ale nie bez walki.

Żeby przekazać to dalej – Mojej Córce.

Reklamy

4 thoughts on “Wózkowy pacjent

  1. Mój pierwszy ginekolog. Długo do niego chodziłam na badania jako nastolatka, ale nigdy nie byłam zbadana w pełni – ot, piersi, trochę gadania. Inne koleżanki dostawały książeczki o zakładaniu rodziny, ja – byłam dla niego kosmitką. Oczywiście tabletki anty mi przepisał – wtedy akurat na cerę. Bez badania. Gdy w końcu, któregoś dnia powiedział, że następnym razem trzeba będzie mnie zbadać i zrobił to z miną, z jaką lekarz informuje o śmierci w rodzinie… Dodał: tylko… trzeba będzie jak zakonnicę.
    Więcej go nie odwiedziłam. Żałuję, że nie byłam wtedy asertywna. Że nie spytałam czemu u już prawie dorosłej osoby wychodzi z założenia, że nie należy spytać czy współżyłam tylko nazwać mnie, prosto w twarz, zakonnicą.
    Wózkersi u ginekologa nie mają łatwego życia… A i u innych lekarzy bywało dziwnie: łącznie z pytaniami czy z głową wszystko w porządku lub tłumaczeniem, że mój problem wynika z tego, że gdy chodzę (!!!) – sama robię sobie krzywdę.
    Na palcach jednej ręki policzę takich, którzy traktowali mnie jak normalnego pacjenta. W końcu to tylko zanik mięśni.

    Polubienie

  2. Tłuste włosy, nazwisko pasujące do zawodu i ogólna gburowatość pasują idealnie do mojej poprzedniej gin! Tylko co do koloru włosów nie jestem pewna. Nie było to przypadkiem na Niemcewicza? 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s