Możliwości

„Dzyń dzyń, tralalala” – dzwoni moja komórka jakoś w połowie lutego 2013.

Wynajmujemy wtedy mieszkanie, w cichej sympatycznej okolicy, za nieco mniej sympatyczną kwotę pieniędzy. Siedzę na swoim mercedesie pochylając się  nad dziecięcym łóżeczkiem. W środku, takie toto moje małe, jeszcze cieplutkie, dopiero co narodzone dziecko.

Komórka wibruje, dzwoni właścicielka lokalu, z mało istotną sprawą, głaskam łóżeczkowe zawiniątko, lekko bujam na boki z dłonią na ciepłym brzuszku, żeby zyskać chwilę na rozmowę.

Gdy się wprowadzałam i ostatni raz widziałam właścicielkę byłam w jeszcze niewidocznej ciąży. To ze względu na nią zmieniłam mieszkanie. Zamiast pierwszego piętra starej kamienicy, nowy budynek – na parterze, z podjazdem, bez schodów. O ciąży nie mówiłam. Z przezorności , bo „wszystko może się zdarzyć”. Będąc studentem psychologii trudno jest nie pamiętać o wszystkich możliwych powikłaniach i zagrożeniach o jakich się czytało na „rozwojówce”. O statystykach. A ciąża moja, podobnie jak ciąże mnogie, jest z definicji „wysokiego ryzyka”.

Odebrałam. Chwila rozmowy, wymiana informacji, dźwięki wydawane przez malucha, który potrzebuje mamy „już teraz i zaraz” niosą się po pokoju..

– „Pani ma dziecko?” – Pyta głos w słuchawce.
– „E… Owszem mam, od trzech tygodni dokładniej. A..czy to ma dla Pani jakieś znaczenie???
– „Nie, żadnego, zupełnie mi to nie przeszkadza, ale..to znaczy..czy Pani nadal jeździ na wózku?”
– Tak, i o ile mi wiadomo raczej się to już nie zmieni”

Sekundy ciszy.

– Ojej.. to ja.. podziwiam Panią, jak sobie Pani z dzieckiem daje radę…

Z jednej strony – to miłe. Z drugiej – atakuje mnie zmieszanie. Jakoś tak pełznie przeze mnie to uczucie, zawstydza nieco, niezupełnie wiem co mam z nim zrobić i co odpowiedzieć. Chyba nie ma za co.

Czy godne podziwu jest, że zaszłam w ciążę? – No szczerze mówiąc nie planowałam tego – mój analityczny lękliwy umysł by mnie zeżarł, zanim bym obmyśliła wszystkie możliwe warianty komplikacji, które mogą ( acz nie muszą!) przytrafić się właśnie mnie.

Zdecydować się, a zajść w ciążę to są dwie różne rzeczy. Do decyzji więcej trzeba. Spokoju, ufności, wiary we własne siły, możliwości materialnych, okiełznania strachów, refleksyjności ” czy to już jest ten właściwy czas”, który powiedzmy sobie szczerze, w myśl zasady „chcę dla dziecka jak najlepiej” – mógł nie nadejść nigdy, bo „przecież jestem na wózku”. Zawsze będzie trochę inaczej, będę musiała tą inność unieść i zwalczać na tyle by nie uderzyła w moje dziecko. By nie była bagażem ciężkim do uniesienia, a doświadczeniem, które można przekuć w coś na przyszłość.

Z perspektywy czasu cieszę się ogromnie. Po 5 latach od mojego szalenie wcześnie zawartego małżeństwa ( o zgrozo kiedy pomyślę, że moja! córka by tak mogła, na „hop siup” i od razu tak zobowiązująco..) wystarczył majowy weekend i jest. Ciąża. Mniej stresów i siwych włosów. Ot jest i już, teraz trzeba to przyjąć i wziąć na klatę.  Odwrotu nie ma.

Uwielbiam dzieci – zawsze uwielbiałam. Ale w miarę jak rosłam, uświadamiałam sobie w czym i jak bardzo różnię się od innych, brałam pod uwagę różne wersje własnej dorosłości. Także tą – bez dziecka. Albo bez związku. Przecież on też niełatwy. Już na starcie trudniejszy, bardziej wymagający od partnera oraz, jak wtedy sądziłam – niekoniecznie na równych prawach.

Trochę po ślubie zrozumiałam, że dinozaury istnieją. Znalazł się Ktoś kto chce ze mną iść przez życie „mimo wszystko”. Zaakceptowałam to, że jesteśmy we dwoje. Wydukałam
M. kiedyś, pewnego wieczora, że co by to było, gdybym się okazała „jeszcze bardziej niekompletna” i będziemy już zawsze tylko we dwójkę. Teraz i za 10 lat. Mogło być tak, że lekarze będą odradzać mi ciążę, będzie z komplikacjami, zagrażająca dziecku. Może ze zbyt dużym ryzykiem, dotykającym Nas dwoje , dziecko i mnie. Mogło być różnie. Wzruszył ramionami. Nie ma co gdybać, jeśli będzie trzeba poradzimy sobie także z tym. Albo zostaniemy we dwójkę albo wywalczymy sobie to dziecko. Byle Razem.
Nigdy nie czułam od niego, że w czymś odstaje, niedomagam, że gdzieś jest jakaś nieprzekraczalna granica. Nigdy jej nie było, były tylko nieco inne rozwiązania. Tego też musiałam powoli się nauczyć – bariery tworzę sobie ja sama, zaczynają się w głowie.
Począwszy od tego czy mogę być kobieca, mogę się podobać. Czy mogę ubierać się tak samo jak reszta chociaż nie mam zgrabnych nóg ‚do nieba’. Utarło się przecież, że niektóre rzeczy nie są dla nas albo są ograniczone. Dziwią.
A ja lubię być kobieca, lubię pomalowane kocie oko, dobrze dobrany strój i fryzurę. Nie jest mi do twarzy w dresie, z włosami związanymi w kucyk. Długie, smętnie wiszące strąki ścięłam na dość krótko już kilka lat temu. Często golę jeden bok głowy by dodać sobie „pazura” . Moje nogi to tylko część mnie. Nie zwalnia mnie to z dbania o siebie tak jak wszystkie kobiety. Mogę to wszystko, nie muszę się wstydzić.
Mogę być partnerką, w pełni.
Jeśli sama sobie na to pozwolę.
Lata temu zapytałam M. jak to możliwe, że zwrócił w ogóle na mnie uwagę. Zazwyczaj odpadam przecież przy wstępnej selekcji, obojętne od tego jak fajnie by się rozmawiało.
Wszyscy widzą wózek a dopiero potem Mnie.
Powiedział, że nie ma pojęcia o co chodzi, nie zwrócił na wózek szczególnej uwagi. Nie szufladkował. Dzisiaj mu wierzę.
Mogę być partnerem i to wcale nie jest tak, że pociąga to za sobą pełnoetatową opiekę nad ‚zawózkowaną’ stroną w związku. Są różne obszary : takie, w których przyda mi się trochę pomocy oraz takie, w których to ja tego wsparcia udzielam. Bez licytacji kto więcej. Bez porównywania. Tak po prostu.
Trzeba się było tego nauczyć, zwłaszcza ja. Żeby się nie ubezradniać już na starcie, nie zamknąć przed samą sobą „drzwi do Życia „. Normalność jest we mnie, jeśli Ja ją zobaczę to wszyscy inni też.

Gdy zaczynaliśmy się z M. spotykać miałam 17 lat i byłam w zupełnie innym miejscu niż jestem dzisiaj. Na pierwsze spotkania w terenie jeździliśmy taksówkami. Zanim M. nauczył się jak pokonać schody do tramwaju, nie zrzucając mnie z nich przy okazji. Była zima i mnóstwo śniegu w którym grzęzły mi koła.
Raz powiedziałam, że chyba będzie ciężko gdzieś się udać, bo śnieg. Przyjechał z łopatą.

Taka postawa nie przychodzi od razu. To część walki, z samym sobą, ze stereotypem, którym sama się karmiłam.
To część pracy jaką ty niepelnoaprawna dziewczyno/ kobieto / matko musisz wykonać.
Przebić ten własny mur ze którym rosłaś od dziecka. Szczęście jeśli miałaś rodziców którzy wypychają Cię do świata. Jeśli nie – cała praca jest Twoja. Trud jest Twój i satysfakcja też.

Bądź ponad mur, za nim czeka Całe Twoje Życie.

Rysuje z Ami na magnetycznej tablicy. Moje zdolności rysownicze są słabe. Narysowałam głowonoga tatę z nogami I rękami z patyczków. W środku dziewczynka oparta na tej samej konstrukcji. Po prawej ostatnia postać. Zawsze narysowana na wózku, tylko tak akceptuje.
– Kto to jest kochanie ?
– Moja Mama.

Jesteśmy już tak narysowani od kilku dni. Nie pozwala zmazać, ewentualnie rysuje to samo od nowa.
Coraz lepiej mi wychodzi.

Reklamy

One thought on “Możliwości

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s