A kysz, zimo.

Przyznam się szczerze – nie lubię zimy. Chociaż właściwie może nie tak, inaczej. Zimę lubię. Oglądać zza okna, spod koca, znad kubka ciepłej aromatycznej herbaty. Lubię przytulny klimat miękkiego swetra, radość z dachu nad głową kiedy śnieżyca szaleje. Siedzieć przy oknie, grzać dłonie o kaloryfer. Nostalgię, spokój. Mogłabym całą przesiedzieć w domu, ewentualnie wychylić nos po dostawę świeżego jedzenia albo na krótki spacer w słoneczny dzień.

Generalnie jednak zimową porą nic mnie tak nie wścieka jak chlapa i rozbełtany śnieg! Spacer? A, owszem, ja zawsze chętnie – lubię spacerować. Tyle, że śnieg na chodniku oznacza grzęźnięcie kół, większy wysiłek dla rąk. Rąk, które po chwili niezależnie od tego czy mam rękawiczki czy nie, robią się zimne, ewentualnie jeszcze mokre na dokładkę, bo śnieg wciska się nieproszony pomiędzy ciąg a oponę. „Ciąg” to jest to takie srebrne (zwykle) na czym trzymasz rękę gdy chcesz wprawić koło w ruch. Noszę czasem skórzane motocyklowe rękawiczki bez palców. To trochę pomaga. Tak samo jak chusteczki nawilżające dla dzieci, które mam stale przy sobie. Maniakalnie wycieram i czyszczę ręce, żeby nie utonąć w wodzie, która z wózka cieknie wraz z topnieniem śniegu. Tego w zimie nie lubię. Stale brudnych, mokrych rąk. Chociaż to raczej naturalne, bo rąk używam zamiast nóg. To trochę podobnie jakby chodzić po śniegu na boso, albo w samych skarpetkach.

Jak już się jednak przemogę i wychodzę, pierdyliard razy wytrę ręce, a potem będę lata świetlne czekać, aż mi się ogrzeją..dochodzi jeszcze kwestia powrotu do domu. Idealnie byłoby mieć drugi wózek. Taki czekający w mieszkaniu, wypolerowany, suchy, czysty, gotowy do użycia. Dwa takie same. Na wychodne i do domu.

Mam jeden. Zatem z całym tym błotem, pokaźną warstwą białego puchu, który wygląda pięknie tylko gdy zalega nieruszony – wchodzę do środka. Rysuję malownicze, brudne ślady na podłodze. Roztapiam się tworząc wodne kałuże. I teraz – wyjścia są dwa. Albo udam, że nie widzę, roznosząc to wszystko co ze sobą przyniosłam po całym mieszkaniu, albo zejdę z wózka po przekroczeniu progu. Zwykle robię to drugie. Czekam aż woda wyschnie i sól drogowa opadnie. Jeśli M. jest w domu to ogarnia kwestię, wsadzając brudnego delikwenta pod prysznic, a raczej odpięte koła, obok których leży korpus.

W obu przypadkach przez chwilę jestem totalnie unieruchomiona. Ami już wie o co chodzi. Strofuje mnie „mama ziejć, tata myje uziek”, „nie siadaj!”, „ciekaj, Ama pomozie tacie”. Idzie za nim do łazienki, patrzy, płucze. Przynoszą czyste koła, wycierają. Nie, żebyśmy prosili ją o pomoc i udział. To taki wiek. Wszystko sama, wszystko tak samo jak My.

„Juś! (go)Towe ! Ćyśty! ”

Mogę siadać, wydała pozwolenie, wolność odzyskana. Podnoszę się. Przesiadam. Młode staje od niedawna za mną i łapie mnie za jedną nogę, krzycząc : ” Uwaga! Już tsymam! siadaj”. Na prawdę asekuruje mnie swoim małym kruchym ciałem.

To teraz mop i podłoga. Trwamy w odzyskanej czystości – do następnego razu.

Nie ma chyba na to lepszego sposobu, jeśli wózek mam jeden. Pamiętajcie o tym, jeśli zimową porą zaprosicie mnie do siebie. Będę brudzić.

Z przepraszającą miną.

Reklamy

2 thoughts on “A kysz, zimo.

  1. Świetny blog, cudowne posty – proste, prawdziwe, po prostu życiowe, które miło się czyta 🙂
    Grafika również bardzo fajna, ale mam jedno ALE, czemu nie ma na niej Ami, pasowałoby bardziej do tematyki bloga 😉
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s