Czyje to dziecko?

Studiuję. Kierunek jeden z tych, co to się przynajmniej w teorii w sporym stopniu skupiają na pomaganiu. W różny sposób. Albo terapeutycznie, albo naukowo dostarczając wiedzy o tym „jak działa człowiek”, jakie mechanizmy sprawiają, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Co się w nas odzywa i dlaczego. Z definicji kierunek ze sporą tolerancją na inność czy nietypowość. Z dużym marginesem „normy”.

Sesja,obsesyjne zbieranie wpisów, nie wiedzieć czemu wciąż w papierowej formie i niebotycznie długiej kolejce. Archaicznie, tradycyjnie, jak przed laty. Stoję też.

Rok 2014, lato. Jest środek tygodnia, wpis muszę koniecznie zebrać właśnie dziś, bo poprzednio kiedy były zbierane – o ironio – zapomniałam indeksu. A jutro Pani prof. zw. dr.hab „ę”, i „ą” wylatuje poza granice naszego pięknego kraju. Nie mam z kim zostawić dziecka. Zgarniam więc Ami ze sobą, mojego tatę jako kierowcę. Nie mam daleko. Wchodzę bez przeszkód na teren uczelni, całkowicie (!) przystosowany do moich potrzeb – co zdarza się rzadko. Szkoda tylko, że to prywatna uczelnia, tylko tam jest dla mnie w pełni komfortowo.

Stoję, a raczej siedzę, grunt, że w bezruchu. Ami jest na etapie „mam fazę na chodzenie”, zwiedza wszystkie kąty. Tłum ją trochę krępuje. Wtula się co jakiś czas w moje kolana, obejmując mnie rączkami. Wpełza na kolana.

Czekam. O, jest, idzie Psorka. Mówię „dzień dobry”, że jestem, jak się umawiałyśmy, czekam po wpis. Widzi moją małą żabę wtuloną w moją klatkę piersiową, na kolanach.

„Czyje to dziecko?” – słyszę nagle, z jej ust. Tonem dość życzliwym, ale jednak pytanie z kosmosu. Mój wrodzony sarkazm już mi każe odpowiedzieć, że nie wiem, właściwie nie wiem – może sąsiadki, kogoś z kolejki, samo przypełzło i wlazło mi na nogi. No doprawdy nie wiem czyje, nawet nie wiem kiedy na mnie wsiadło…

Absurdalność tego pytania mnie powaliła. Gryzłam się po języku, żeby nie odpowiedzieć jak wyżej, no bo przecież…zaliczenie. Dziwnie jakoś tak, nieuprzejmie w stosunku do profesora być sarkastycznym. Ja tu w końcu podlegam, komuś i czemuś, jestem niżej w hierarchii, przestrzegam statutu uczelni. Jakby no.. nie wypada mi. Cedzę przez zęby, że moja córka.

Psorka znika za drzwiami, a mi chce się śmiać. Nagle, przeraźliwie, spontanicznie, chyba z nerwów, z napięcia sytuacji, powstrzymanych emocji. Rżę. Śmieję się pod nosem i nie mogę przestać. Śmieję się z absurdu. Dziecko moje razem ze mną bo to zaraźliwe. Kolejka obok komentuje pod nosem, mało przychylnie w kierunku Psorki.

Jakiś czas potem włażę do sali, z Młodą w towarzystwie, wpis uzyskuję.

Ami mówi do mnie „mamo” podając mi rączkę kiedy wychodzimy. Wyprostowane, dumne z siebie nawzajem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s