O zaufaniu, potrzebach i dziecku, które nie lubi jeść

Nie lubię etykietowania. Przypinania ciasnych łatek „grzecznego” albo „niegrzecznego” dziecka zazwyczaj przejawiającego dokładnie wszystkie zachowania mieszczące się absolutnie w rozwojowej normie.

Fakt jest jednak taki, że dzieci się różnią i każde z nich posiada zespół absolutnie charakterystycznych indywidualnych cech.

Moja córka też je ma. Poza żywiołowością, gadatliwością, w której prawie dogoniła swoją mamę i nigdy nie zamyka jej się buzia – po prostu nie ufa jedzeniu posiłków stałych. Długo długo były jakąś tajemniczą różnie pachnącą strukturą, o dziwnych smakach i nie mieszczącą się w buzi. Nie ufa konsystencji, która też bywa różna. Najbezpieczniejsze, najbardziej godne uwagi od zawsze okazywało się wszystko co mieści się w definicji „suche i chrupiące”. Jakieś zdrowe papki o dziwnym składzie, czy też różnorodne kawałkowe posiłki serwowane BLW – nigdy nie zdały egzaminu. Jeżeli coś się przyjęło to w ilości minimalnej, niczym rasowy degustator, czasem z pominięciem etapu połykania, a jedynie testem smaku. To idealnie do niej pasuje. Ami jest testerem. Testuje dotykając, wąchając, próbując czy da się to pokroić. Próba jedzeniowa zawsze była na końcu.

Zgodnie z tym schematem rozszerzanie diety nigdy nie szło nam łatwo. Nigdy wg. tabeli, nigdy miesiąc po miesiącu. Właściwie do 1.5 roku 80% pożywienia mojej córki stanowiło mleko mamy, z drobnymi wahnięciami. Jak na zaangażowaną matkę przystało wzbogaciłam się o komplet worów pod oczami w wyniku niedospania, parę siwych włosów, okresowo wpadając w panikę, aż do etapu zobojętnienia na problem, wobec którego byłam bezradna.

Za cel założyłam sobie tylko rozszerzanie diety pod osłoną karmienia piersią, nigdy nie zamierzałam odstawić z powodu jej kłopotów ze stałym pożywieniem. To mleko to był uspokajacz dla mojej spanikowanej głowy, szczepionka witaminowa i koło ratunkowe. Jestem z tych bezsprzeczne wierzących w niesłabnącą wartość mleka kobiecego, niezależnie czy dziecko ma pół roku, czy dwa lata. Z tych ortodoksów, zamierzających karmić dziecko do naturalnego odstawienia. To przyszło z czasem. Zanim urodziłam, byłam w obozie tych, którzy będą karmić „jeśli się uda” przez pierwsze sześć miesięcy życia dziecka, a później ” po co skoro będzie jeść wszystko”. Ponieważ tylko krowa nie zmienia poglądów, po pokonaniu początkowych trudności, i obaleniu mitów, że kobieta wagi piórkowej także może nakarmić swoją pociechę, moja wewnętrzna granica w głowie zaczęła się systematycznie wydłużać. Proporcjonalnie do wiedzy, którą zdobywałam (między innymi tu : Hafija  i na stronach LLL , próg maksymalny ustalony w głowie systematycznie się przesuwał. Aż dotarłyśmy do dwóch lat w karmieniu, które teraz ma już co prawda inny wymiar i skalę, ale nadal jest czymś ważnym i potrzebnym. I dziś, kiedy dotarłam do miejsca w którym mogę powiedzieć, że moje dziecko JE! dogania rówieśników, smakuje, poszerza repertuar jedzeniowy – cieszę się, że wytrwałam, zaufałam, nie odstawiłam i wzbogaciłam się w wiedzę, którą mogę i chcę przekazywać dalej. Nic bym nie zmieniła, poza etapem biczowania samej siebie, w którym zastanawiałam się ” co zrobiłam nie tak, że moje dziecko nie chce jeść i jak ten błąd naprawić”.

A okazuje się, że ona po prostu taka jest. Że wie czego potrzebuje i w jakiej ilości. Nie musi być jak wszystkie dzieci, nie musi mieścić się w tabelce. Dopóki rośnie, jest zdrowa, nie choruje i ma niezłe wyniki to problem nie istnieje. Nie zależnie od tego, że nie je np marchewki a tabelka mówi, że przecież powinna. Zmiany przyszły same. To mój problem, że nie potrafiłam podejść bardziej na luzie i przeżywałam stres w związku z jej jedzeniem, który zapewne też czuła. I to ja  nie ona, musiałam się nauczyć sobie z tym poradzić. Szukając informacji w literaturze (Polecam „moje dziecko nie chce jeść ” Gonzaleza, sporo o zaufaniu dziecku i jego potrzebom), otoczeniu, poznając inne przypadki, dzieci, które ” nie jedzą nie piją a chodzą i żyją” – w dodatku szczęśliwie. Gdybym tego w sobie nie zmieniła to jedyne czym mogłabym skutecznie nakarmić moją córkę to przekonanie, że jedzenie to stres, coś negatywnego, nuda i przymus. Mam dziecko, które powie, że nie chce, i chociażby samolociki zachęcająco do ust leciały – nic z tego. Mam dziecko, które wie ile chce zjeść i negocjacje są na nic. Mam dziecko, które powie na co ma ochotę, a czego nie lubi i będzie bronić swoich wyborów. I teraz tylko ode mnie zależy – czy będzie to wada, czy zaleta.

Kiedy to zrozumiałam zrzuciłam z pleców ciężar obowiązku pod tytułem „muszę nakarmić swoje dziecko właściwie”. Zeszło ze mnie poczucie odpowiedzialności, poczucie, że to ja wiem lepiej co potrzebuje zjeść moja córka. Poczucie winy, które stało za jej niejedzeniem, a na które przecież zupełnie nie miałam wpływu.

W momencie gdy uwolniłam się od tych wszystkich emocjonalnych toksyn, próbujących mi udowodnić brak rodzicielskich kompetencji, skoro przecież wszystkie dzieci jedzą ” a to jedno moje nie”…zaczęła jeść.

Normalnie, jak gdyby nigdy nic zwiększać porcje. Skończyła 2-lata i jakby coś pyknęło, zmieniło się oprogramowanie. Je. Sama. To co chce, ile chce, ale je. Świadomie. Bez bajki w czasie jedzenia, zagadywania, namawiania do otwarcia ust. Je tak jak chciałam i o co mi chodziło. Dojrzale, słuchając własnego ciała. Być może zawsze to robiła, tyle, że ja wiedziona  wewnętrznym niepokojem nie umiałam tego dostrzec.

Spadł ze mnie ciężar wielki. Wzrosła mi samoświadomość. Nie muszę nic udowadniać, walczyć, wtłaczać mojemu dziecku do głowy. Muszę ją usłyszeć, towarzyszyć, być. Dać się jej rozwinąć, rozumiejąc, że ona nie będzie taka jak ja czy inni. Będzie indywidualna – i to jej największa wartość.

Reklamy

One thought on “O zaufaniu, potrzebach i dziecku, które nie lubi jeść

  1. Zupełnie przypadkiem trafiłam na tego bloga. Koleżanka poprosiła o głos w plebiscycie na blog roku. Pomyślałam: Żeby zagłosować muszę sprawdzić co to w ogóle jest. Jak znajdę COŚ ciekawe godz a głosuje. I znalazłam. Słowo pisane z lekkością i jednocześnie mądrością, które pozwala odpłynąć, wywołuje ogromne emocje bo jeżeli chodzi o dzieci i to jak są traktowane w świecie dorosłych to zazwyczaj budzi ogromne emocje, Świetna robota MamoNaResorach. Będę zaglądać regularnie i oczywiście zagłosuję:-)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s