Bilans

Chcąc być matką troskliwą, matką zaangażowaną w rozwój, wykazującą inicjatywę, robiącą jak „należy” zgodnie z tym jak słuchy niosą, że się powinno – udałam się do Przychodni Zdrowia Dziecka. Na badanie, które się szumnie (sic!) bilans 2-latka nazywa. Z definicji powinno być kompleksowe, obfitujące w szczegóły, bogaty wywiad rodzicielski i lekarza z bystrym okiem. Mylisz się Drogi Rodzicu jeśli sądzisz, że na TAKIE badanie przyjdziesz sobie z marszu. Trzeba się u-mó-wić. Zapowiedzieć. Czas zarezerwować. Wsadzić stopę między drzwi.

Dzwonię w takim razie. Raz, drugi, pięćdziesiąty. Wita mnie hipnotyzujący sygnał zajętości, raz po raz zamieniający się w ten zwykły, oczekujący, by potem zniknąć zupełnie, z chwilą rzuconej słuchawki. Dzwonię drugiego dnia. Oho, jest, eureka. Słyszę człowieka w słuchawce, żywego. Mówiącego. Z szoku, aż mi trudno wyjść, zatem zastygam na moment, pogrążona we własnych myślach. Trochę dłużej niż zwykle szukam w głowie odpowiedzi na jedno z typowych pytań „data urodzenia?” „pesel”?

Jest. Umówione. Uczucie zwycięstwa przez chwilę we mnie gości. Wykazałam się inicjatywą, załatwiłam, dopilnowałam;. Jestem zaradna, działająca, trzymam rękę na pulsie. Zbadają mi dziecię, dopilnują, sprawdzą wszystko, wleją w serce spokój. Przecież to bilans, a na bilansie to chyba dokładniej niż zazwyczaj?

Ano właśnie, niet. Jako osoba aspirująca do zawodu psychologa mam wysokie oczekiwania, szczególnie jeśli idzie o zawody zaufania publicznego, takie, jak lekarz na przykład. Tym bardziej jeśli sam z własnej nieprzymuszonej woli (!!) pokusił się o specjalizację obfitującą w kontakt z Małymi Dziećmi.Oczekuję empatii. Tak, mam to skrzywienie. Aż mnie mierzi na myśl o tłumaczeniu się rutyną w kontekście totalnego braku zrozumienia wobec dziecka i traktowaniu go jak żywą kukiełkę.

Przygotowałam nas na wizytę, Tłumaczyłam w  co będzie ubrany lekarz. Po co idziemy. Że być może będzie trzeba zdjąć ubranko, przejść się, pokazać nóżki, otworzyć buzię. Pan doktor będzie sprawdzał, czy Ami zdrowa. Badał specjalnymi słuchaweczkami z kółkiem na końcu, mogą być zimne. Prawdopodobnie będzie rozmawiał z mamą, zapyta Ami, czy umie mówić. Będzie waga i centymetr. Może jakieś zabawki. W końcu to lekarz dziecięcy. Lekarz, który jest DLA dziecka, a nie dziecko dla lekarza. To jemu ma służyć i pomagać. Z nim nawiązywać kontakt, w celu ochrony zdrowia. Współpracować z rodzicem.

Idylliczne to, wiem. Przecież to nie „Dr Clown”.

Pojechałyśmy. Dziecię pewnym krokiem weszło do przychodni, usiadłyśmy na krzesełkach jak było zapowiedziane. Pustawo. Jedna mama z dziećmi. Roczniakiem i  ” na oko” 5-latkiem. Malca prowadzi za rękę, pięciolatek stoi obok.

„- A starszy to ile ma lat??” – pyta się pielęgniarka wystawiając głowę zza okienka.

– „Pięć, niedawno skończył”

– „A szczepienia wszystkie ma?

– Chyba tak, mam książeczkę!

Piguła sprawdza, szpera.

– „O, prawidłowy odstęp między szczepieniami zachowany, można ponowić, możemy szczepić” – mówi do matki z malcem, 5-latek zdezorientowany, wystraszony tym co właśnie usłyszał, bo przecież prawdopodobnie przyszedł tylko ” na doczepkę z bratem”, zaczyna płakać pod ścianą. Nikt nie zamienił z nim jednego zdania tłumacząc sytuację, zasadność szczepienia. Nie pochylił się nad jego strachem, szokiem, zaskoczeniem.

Kurtkę zdejmują. Matka do ojca : – „No to ja zostanę z x, a ty idź z tym beksą”. Zasmarkany chłopiec znika za drzwiami z tatą. Matka do roczniaka coś w ten deseń ” A ty byłeś taki dzielny, nie to co ta Beksa Z”

Więdnie mi wszystko. Opada do samej ziemi. Zero kontaktu wzrokowego, komunikatu, przytulenia czy wsparcia. Zza drzwi słyszę pielęgniarkę „Dzielny chłopiec, 2 razy kłucie było, w ogóle nie zapłakał”, i pach pach – naklejeczka. A rodzic niemy.

Wołają i Nas. Dziecię ładuje mi się na kolana, trochę niepewna swego, ale spokojna, przygotowana. Wjeżdżam do gabinetu.  Widzę lekarkę, zamiast Naszego lekarza. Obcą dla Nas.

Bawię się w narratora. To jest Pani doktor, to jest jej gabinet. Pani ma biały fartuch, jak opowiadałam. Przyszliśmy sprawdzić czy jesteś zdrowa. Sadzam małe na leżance. Siedzi,. wyprostowana. Zimne, ostre w ruchach ręce lekarki zaczynają rozbierać ją z ubranka. Wzrok jest gdzieś wyżej, nie patrzy, nie szuka dziecięcych oczu, czy jakiejkolwiek nici porozumienia. Nie było kolejki, konieczności pośpiechu. Okoliczności usprawiedliwiających. No chyba, że stygła kawa.

Wielkie, wielgachne oczyska Mojego Małego brzdąca zaczynają szybciej mrugać, usta ciągnięte siłą napiętych mięśni wyginają się w podkowę. Zalewa się łzami. Wyciąga ręce, wczepia się we mnie ” na małpkę”. Zabieram dziecko na ręce, nie pozwalam sobie odebrać. Ja to zrobię. Zdejmę to ubranko, uspokoję, przytulę, dodam otuchy. Im dalej w las – tym było trudniej. Powiecie -” to lekarz, to nie jego zadanie, do wizyty przygotowuje rodzic”. A i owszem, przygotowuje, tak jak zresztą starałam się zrobić to ja. Ale jestem bezradna kiedy zderzam się z szybą. Z ludzką obojętnością i chłodem. Kiedy prym wiedzie siła, zamiast porozumienia. Mogę bronić dziecka, jego integralności, delikatności, prawa do przeżywania i strachu. Buntować się przeciwko traktowaniu dziecka jak ładnej laleczki, istoty „niższej” niż dorosły. Zarówno w przypadku oschłej lekarki w przychodni, jak i Pani z przedszkola, którą spotkam w przyszłości, chcącej wyrwać mi dziecko w pośpiechu, przed salką, bez prawa do pożegnania.

Bo dorosłym wolno. – mieć problem z poradzeniem sobie z własnymi emocjami, które mu się pojawiają wobec dziecka. Z jego płaczem i frustracją. Z wzięciem tego na klatę. Lepiej to więc zamieść pod dywan, zignorować, odwrócić uwagę dziecka. Zajęcie się jego emocjami i swoimi własnymi w tej sytuacji – jest trudne. Wesprzeć jest trudno. Płacz wydaje się być czymś niepożądanym, czymś do wygaszenia. Dorosłym wolno – więcej niż dziecku. Więcej niż małemu, kruchemu człowiekowi, o niewykształconym układzie nerwowym, emocjami „na wierzchu” i bez strategii zaradczych.

„Wszystkie 2-latki teraz takie są! Kapryśne, to taki wiek” – rzekła wyrocznia zza biurka, znad okularów – o moim trzęsącym się i zalanym łzami dziecku.

Dziecko zostało : zmierzone, zważone, sprawdzono mu źrenice, sposób chodzenia, brzuch, zapytano czy mówi. Byłam tam nie dłużej niż jakieś 5-7 minut. Kompleksowe badanie, doprawdy?

Jestem „wózkową” mamą, ale tak się jeszcze składa, że zanim w ogóle stałam się „wózkowa” – byłam dzieckiem. Z tymi samymi emocjami, potrzebami, z tym samym „sercem na dłoni” i zaufaniem totalnym. Od urodzenia funkcjonowałam jako pacjent służby zdrowia, dziecko regularnie odwiedzające lekarzy, później szpitale. Znające wygląd stołu operacyjnego. Przewinęłam się przez całą serię rąk, doświadczyłam przeróżnych zabiegów. Czasem bolało fizycznie. Ale jeśli jakaś dorosła ręka trzymała wtedy tę moją, małą – to było łatwiej. Najgorzej wspominam ignorancję. Brak szacunku, uprzedmiotowienie, brak bliskiego kontaktu i wsparcia. Brak dialogu – bo po co mi tłumaczyć jeśli jestem tylko dzieckiem.

Uczucie jakie Cię dopada gdy rozmawiając z Twoim rodzicem na temat tego co się będzie działo z Twoim ciałem – totalnie się Ciebie przy tym ignoruje- bezcenne. Bezbrzeżnie smutne.

Rodzicu Drogi – kiedy jest trudno, boleśnie, emocjonalnie – patrz w oczy swojemu dziecku – nigdy ponad nie. Bądź blisko, jak najbliżej i nie puszczaj ręki. Nie bój się kontaktu. Mówienia prawdy o tym czy będzie bolało. Nie pozwól wmówić sobie, że bliskość ubezradnia dziecko, czyni niesamodzielnym. Nigdy tak nie jest. Ona umacnia, uzbraja w siłę.

Najbardziej boli samotność.

Reklamy

One thought on “Bilans

  1. Nie żebym lekarkę usprawiedliwiała… ale wiesz, że nas tego nie uczą na studiach? Nikt nam nie mówi, jak rozmawiać z dzieckiem, jak do niego podejść, co robić. Jak trafisz na fajnego asystenta i jesteś w miarę ogarnięta i uważna – załapiesz coś przez obserwację. Jak nie – jesteś zdana tylko na siebie.
    Do końca życia zapamiętam, jak w którejś z klinik miałam 6-letnią pacjentkę. Wiadomo, żeby zaliczyć ćwiczenia miałam zebrać wywiad (weź tu zbierz wywiad z takim dzieckiem – no na pewno nie taki, jakiego oczekiwano, a na mamę nie miałam okazji niestety trafić), zbadać i zaproponować leczenie. Jednym z etapów badania było obejrzenie sromu i okolicy odbytu. Idąc z tym dzieckiem do zabiegowego myślałam, że sama się popłaczę – bo byłam zdana tylko na siebie. Nie wiedziałam, jak dziewczynka zareaguje, nikt z nią o tym wcześniej nie rozmawiał – zrzucili to na mnie. Na mnie, która nie dość, że z dziećmi kontakt ma słaby, to jeszcze nigdy w takiej sytuacji nie była- bo dorosły to zupełnie inna historia.
    Ja sobie jakoś dałam radę – i z badaniem, i przede wszystkim z wytłumaczeniem dziecku, o co chodzi. Ale co by było, gdyby mała pacjentkę „dostał” któryś z moich kolegów…?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s