Autonomia

Potrzeby są różne. Najpierw takie, które decydują o „być albo nie być”. O przeżyciu, możliwości rozwoju, dorastania w warunkach możliwie najbardziej sprzyjających. Stoją w swoistej hierarchii,. na początkowych szczeblach wspólne, dla każdej małej Istoty.

Pierwszy jest głód. Za nim sen. Bezpieczeństwo. Ciepło ciała, bliskość. Niezaspokojenie którejś z nich wzbudza alarm. Głośny, przenikliwy, docierający do mózgu, wydostający się z trzewi. Mataja wspominała kiedyś o tym dlaczego płacz noworodka i małego Dziecka jest tak bardzo nielubianym dźwiękiem dla Naszych uszu, i szybko bywa irytujący. Alarmy muszą takie być : gdybyś sobie ustawił/a budzik do pracy ze swoją ulubioną mp3-jką nie wstałabyś za cholerę. Płacz musi wwiercać się w mózg. Po to, by jak najszybciej wyzwolić reakcję, wezwać dorosłego. Na ratunek. Płacz niemowlaka włożonego do łóżeczka nie jest próbą „wytresowania” rodzica. Jest krzykiem o bliskość. Nawet zwierzęta nie zostawiają swoich młodych samych w nocy. Dawniej, gdy człowiek prowadził jeszcze koczowniczy tryb życia i spał pod gołym niebem, sen obok malucha był elementarny. Niemowle położone na ziemi, rozpaczliwie wzywało rodzica,w obawie przed zagubieniem.

Akceptowanie i realizacja potrzeb noworodka i niemowlaka przychodzi dość łatwo, jeśli wyzbyć się tego wszystkiego co dziecko „powinno” w odczuciu pragnących niezależności dorosłych. Jeśli iść za Nim, jedną wspólną drogą. Widzieć i słyszeć. Nie walczyć, a współpracować.

A potem?

Dziecko staje się dwunożne, umie wyartykułować pierwsze zrozumiałe słowa, je różnorodne pożywienie i trzyma się blisko mamy, umie ją dogonić gdyby chciała się oddalić.

Literatura podaje, że potrzeba autonomii wyraźnie zaznacza się w przedziale 2 – 3 lat życia dziecka. Pewnie stąd to szumne określenie „buntu 2-latka”, przewijające się w większości „mamowych” czasopism niskich lotów i nieco mniej profesjonalnych poradników rodzicielskich. Większość w kontekście jak w tym buncie nie zwariować, jak nie dać dziecku przejąć domowych sterów, zmanipulować się roszczeniowym krzykiem i teatralnym „padem na ziemię”. Gdy czytam o takiej perspektywie widzę walkę między rodzicem, a dzieckiem. Przeciąganie liny i ustawiczne pilnowanie „czyje będzie na wierzchu”. Nie daj Boże, żeby dziecko zadecydowało czy zobaczyło brak konsekwencji. Wykorzysta bez mrugnięcia okiem. Nie lubię przylepiania dziecku złych intencji, zakładania z góry złej woli, manipulacji.

Dzieci są bezbronne. Z niedojrzałym układem nerwowym, nieumiejętnością refleksyjnego myślenia, planowania wydarzeń i ich skutków wewnątrz małej głowy. Myślą obrazami. Tylko to co da się przedstawić namacalnie, tylko to co już znają i czego doświadczyły – może żyć w ich umysłach. Manipulowanie rodzicem, wymuszanie jest biologicznie niemożliwe. Jeszcze mózg nie działa, jeszcze nie potrafi.

A jednak tupiesz z niezadowoleniem, zalewasz się łzami, krzyczysz, wyrzucasz na zewnątrz. Sęk w tym, że taka ekspresja jaka się potocznie z wymuszaniem i manipulacją kojarzy to nic innego jak próba wyrzucenia z siebie tego co czujesz tuż pod skórą, a nie potrafisz nazwać.

Ciało służy nam do poruszania, ale także jako regulator emocji, które przez nie przechodzą i próbują znaleźć ujście. Dorośli mówią. Używają wyszukanych słów, są w stanie stłumić wybuch niezadowolenia przerabiając go na coś innego. Znają różne kolory  emocji i potrafią je nazwać. Mają swoje własne, indywidualne sposoby ich rozładowania, których nauczyli się w toku rozwoju. Dziecko za to – gdy nagle odkrywa, że oto, mogę chcieć czegoś innego niż mama, jestem odrębny, odrębnie czuję – jest nagie. Bez strategii zaradczych, bez umiejętności nazwania tego co się pojawiło. Jest tylko czysta narastająca emocja, która wychodzi z tupotem małych stóp, krzykiem w wysokich tonach. Bez ostrzeżenia i odroczenia, natychmiast wtedy, gdy się pojawia.

Pracujemy nad złością. Pani Złość i Pan Smutek funkcjonują w naszym domu, podobnie jak inne wielobarwne emocje. Ale to oni mają swoje szczególne miejsce, i to je właśnie najpilniej uczymy się wyrażać.

Złość jest siłą. Sygnałem alarmowym, mówi o przekroczeniu naszych osobistych granic, mówi o tym, co jest szczególnie ważne i ma znaczenie. Pojawia się tam gdy dotykamy czegoś szczególnie dla Nas ważnego. Nie wyrażona często przechodzi w smutek. On potrzebuje wsparcia – ale jest bierny. Co się robi z energią, która w Nas żyje i złością się nazywa?

1) Opisz sytuację – schyl się, zejdź na poziom dziecka, zobacz co się dzieje i to opisz. Bez własnych emocjonalnych interpretacji.

2) Przyjrzyj się emocji. My  nazywamy ją. Niech Ci się nie wydaje, że Małe nie zrozumie.

Niedalej jak wczoraj usłyszałam od Ami : „zdenerwowałam się , potrzebuję mleko”. Można!

2) Szukamy ujścia. Co możemy zrobić na tu i teraz i jak się rozładować. Dzieci podpowiadają same. Jedne zaczynają biegać i wymachiwać rękami, inne krzyczą, tupią, płaczą waląc piąstkami w podłogę. Bardziej dynamicznie, albo mniej. Sposób wyrażenia i rozładowania jest tak różny jak różne są dzieci. Od nas zależy czy podpowiemy taki jaki będzie : skuteczny i akceptowalny dla wszystkich członków rodziny. Zdarza Ci się być tak wściekłym, że masz ochotę czymś rzucić, kopnąć coś? Twojemu dziecku też 😉 Daj mu maskotkę złości, specjalną do rzucania – bez zniszczeń.

3) Przytulenie ma znaczenie – zawsze.

4) Przepracowujemy powód – gdy już emocje opadną. Gadamy. A raczej ja kieruję rozmową dostosowaną do wieku, często z zamkniętymi pytaniami na które łatwiej jest odpowiedzieć.

Ilekroć stykam się z podobnymi sytuacjami, które dla mnie także są emocjonalnie trudne, próbuję wejść w jej skórę. Zobaczyć świat jej oczami, przyjrzeć się temu co się zadziało i w jaki sposób. Nie bagatelizując Małych Wielkich spraw, podchodzić serio i traktować równorzędnie. To nie jest proste. Często można złapać się na tym, że chcę by coś zadziało się ; lepiej, łatwiej, szybciej. To ostatnie szczególnie. Trzeba się zatrzymać, wykasować z głowy oczekiwania względem tego jak powinno się teraz zachować „współpracujące” dziecko. Znaleźć tę chwilę. Dzieci współpracują, jeśli tylko je usłyszeć i się nad nimi pochylić.

Nikt inny – tylko Ja – mogę mieć szansę nauczyć ją rozpoznawać swoje emocje.

Nikt inny – tylko Ja – mam szansę przekazać jej – że nie ma złych emocji i wszystkie są potrzebne. Nawet ta, utrudniająca Mi – Rodzicowi – złość.

Nikt inny – tylko Ja – mogę jej dać czystą i bezwarunkową akceptację, po to, by sama siebie akceptowała.

Nikt inny – Tylko Ja – przecieram szlaki. Uczę sposobów radzenia sobie , poszukiwania rozwiązań, wyrażania emocji. Później rozwinie się sama. Teraz, gdy ma 2-lata i tak wielką potrzebę autonomii i niezależności, którą pragnie zaznaczyć tam gdzie to tylko możliwe..potrzebuje przewodnika.

Ona jest zdrowa, ja jako dziecko już niestety nie byłam. Nie nauczyłam się głośno wyrażać. Na skutek większej zależności od innych miałam zdecydowanie mniejsze pole manewru, przy bardzo dużej frustracji. Pamiętam jeszcze jakie to jest uczucie gdy chciałoby się zrobić tak wiele, a ciało Ci nie pozwala.Wiem jak to jest próbować i doświadczać porażki. Dosłownie i w przenośni – wstawać i upadać. Znam kotłujące się emocje i skumulowaną złość, która uderza we mnie.

Dzieci potrzebują biegać, skakać, tupać głośno. Być na przekór i mieć swoje zdanie. Po to by być prawdziwie wolnym Dorosłym.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s