Samodzielność

Samodzielność to moc. Wyzwala działanie, dzięki niej motywacja wewnętrzna szybuje do góry. Pozwala się realizować, czuć wiatr w żaglach, przed do przodu w poczuciu absolutnej wolności. Zawsze wysoce pożądana, w parze z satysfakcją, która się pojawia, gdy możemy działać czując własną sprawczość. Wpływ na to co się dzieje, kiedy się dzieje i w jaki sposób.

Mam mimowolny uśmiech na twarzy, gdy moja córka z zapałem próbuje się samodzielnie ubrać. Coraz więcej potrafi, z błyskiem w oku szuka rozwiązania. Lubię zostawiać jej przestrzeń na własne działanie – poszukiwanie rozwiązania, trening umiejętności, wzmacnianie w sobie poczucia kompetencji. W jej wypowiedzianym „ja sama” – kryje się tej potrzeby bardzo dużo.

Idziemy na spacer. Żeby wyjść musimy pokonać jedno piętro schodów. eM. trzyma rączki wózka i powoli zjeżdża po jednym schodku w dół. Mamy już opatentowane jak schodzić tak, żebym ja była cała i zdrowa i dziecko też. Najpierw idziemy my, potem córka, krok za nami, przy poręczy. Gdyby się potknęła lub poślizgnęła chwyci się pleców taty, albo wózka mamy, zamiast lecieć w dół. Ma przyjaciół. Ulubioną sprezentowaną przez jedną ciocię lalę bobasa i misia – małego Kubusia Puchatka przebranego w strój Prosiaczka (słowo, koncepcji producenta nijak nie rozumiem, ale jest przeuroczy) – zabiera ich ze sobą wszędzie – dumnie niesie w rączkach idąc na własnych nogach, nie chce dać do potrzymania nawet wtedy kiedy schodach. Przekłada do jednej ręki obie zabawki, a drugą trzyma się poręczy.

„Jeśli będziesz potrzebować pomocy, to powiedz, dobrze?” – pytam ją czasem.

Dam radę!” – odpowiada, bo jest już pewna swoich możliwości. Pozwalamy, idzie sama. Pielęgnowanie poczucia kompetencji i sprawstwa jest ważne, buduje, poszerza samoświadomość i wgląd w siebie.

Z pomocą to jest tak, że może mieć dwie funkcje. Może wspierać lub osaczać. Sprawa się ma tak samo – czy to z dzieckiem, czy z dorosłym, czy ze zdrowym, czy z niepełnosprawnym. Tych ostatnich znam dwie grupy. Samodzielnych, dbających o swoje potrzeby, prawo do granic, samodzielności i zwykłego aktywnego życia. Takich, którzy zamiast mnożyć przeszkody poszukują rozwiązania. Albo zahukanych, bezradnych, nastawionych na ustawiczną pomoc, bo ktoś im kiedyś, gdzieś tak w życiu – może właśnie w dzieciństwie – nie pokazał, że mogą tak samo. Różnymi metodami, ale z takim samym skutkiem. Lękliwych, przemykających pod ścianą, często wciąż przy rodzicach, z małym marginesem prywatnego życia.

Jako dziecko i nastolatka zwiedziłam trochę placówek, przyglądałam się różnym postawom. Sama wypracowywałam swoją, szczęściem, że z dosyć otwartymi rodzicami, nie osaczającymi mnie aż tak bardzo nadmierną pomocą, a dążących raczej do tego, bym próbowała sama. To proste nie jest – oni także, po dziś dzień, kiedy jestem Dorosłą Kobietą walczą z całą paletą różnych swoich strachów. Często mi o tym mówią, często chcą aż nazbyt wesprzeć i wyręczyć. Ale się tonują, dostrzegli już dawno wagę samodzielności i to, że ona mnie wzmacnia. Procentuje. Mając te „naście” lat byłam bardziej buntownicza, niektórych rzeczy próbowałam w tajemnicy, po cichu, dzwoniąc potem, że właśnie się uczę, a te odgłosy w tle to radio, wcale nie sala kinowa 😉 Tak, wiem, wszyscy młodzi ludzie tak mają. Ale to grube przedsięwzięcie, wtedy gdy zamiast nóg masz wózek, stosunkowo słabe ręce, dużo krawężników i ogrom barier po drodze. Nawet dzisiaj większość moich wyjść to wyprawa logistycznie zaplanowana, a przecież architektonicznie jest już lepiej.

Chodzić w życiu uczyłam się jakieś 4 razy. Co prawda ostatnia próba spaliła na panewce ale mam ten wgląd, że pamiętam jak to jest. Jak upadasz na materac albo trzęsą ci się z wysiłku kolana, ale Twoja głowa Cię pcha by spróbować znów i jeszcze raz, dojść do ściany, dotknąć lustra, które ci pokazuje całe Twoje dwunożne odbicie. Odciski na rękach od poręczy na których wiszę, chwiejnie trzymając pion. Pamiętam wyraz własnych oczu kiedy coś mi się udało – taki sam ma dziś moja Mała Ami, robiąc coś nowego po raz pierwszy. Pierwsze kroki samodzielne, wciągnięte na pupę rajstopy. Kolejne próby, by potwierdzić że się umie. Krzyk „Popatrz! Potrafię!”.

Takich zwrotów nauczyła się ode mnie. Jestem zwolennikiem dostrzegania prób, wysiłku, nazywania tego co się udało, bez idącej za tym oceny. Ważniejsze dla mnie jest „Widzisz? Założyłaś sama skarpetkę na stopę!”, od „pięknie!”. To pierwsze niesie za sobą wartość, określa umiejętność i wzmacnia poczucie mocy. Mój uśmiech z jakim to mówię, emocja jaką niosę w głosie – też obdarza uwagą, której tak potrzebują wszystkie dzieci. Uwagi, dostrzeżenia, niekoniecznie zewnętrznej oceny. Ważniejsze jest dla mnie wiedzieć co ona sama myśli o tym co zrobiła – i czy to jej podoba się efekt.

Ze mną, dorosłą babą – podobnie jest. O pomoc proszę gdy potrzebuję. Nie lubię jej oferowania znienacka, bez pytania. To mi narusza granice. Mam potrzebę ich zachowania. Nietykalności cielesnej. Czuję się zagrożona. Jak to dziecko, nigdy nie pytane o zdanie, z potrzebami nie branymi pod uwagę.

Niepełnosprawność nie zmniejsza potrzeby kontroli, odpowiedzialności, szacunku. Dziecka i dorosłego. Czegoś co tak często trzeba sobie wywalczyć. U personelu medycznego, opiekuna, rodzica, obcych przypadkiem mijanych. W naszą sferę wkroczyć łatwiej – tak jak dziecka.

Często muszę się gryźć po języku by nie wtrącić się w jej wizję rysunku, pomysłu na zabawę. Nie temperować, przeforsowując własną koncepcje. Zatrzymuje w locie rękę, która chce wyręczyć i poprawić. Trudne to bardzo. Podobnie jak wygospodarowanie większej ilości czasu na wszystko, żeby dać przestrzeń na samodzielność. Taki naturalny pęd – w górę i do przodu!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s