Współczucie

Bywam zakłopotana. To uczucie dopada mnie w pakiecie z nieuzasadnionym współczuciem jakim bywam obdarzana, zupełnie niespodziewanie i znienacka.

Dziś na ten przykład usłyszałam od osoby dbającej o czystość bloku w którym mieszkamy : Jak ja  w ogóle daję sobie radę? Czy roztrząsam. Czy płaczę. Czy wychodzę z domu ( mam do pokonania piętro schodów). Przyznaję, że mnie wbiło w ziemię jak rzadko.

Nie płaczę, nie roztrząsam, wychodzę. Fakt – potrzebuję kogoś do pomocy w związku z tymi schodami i dość małym jeszcze dzieckiem, ale nie jest to jakiś mega problem. Zapewne moja córka miała by dłuższe spacery o wcześniejszej porze niż popołudnie, gdybym mogła jej to samodzielnie zapewnić, ale funkcjonujemy. Przypuszczam nieszczególnie gorzej od pozostałych mam.

Gotujemy wspólnie, sprzątamy, bawimy się w chowanego i berka po naszym mieszkaniu o oszałamiająco niskim metrażu, wycinamy, lepimy, spacerujemy w asyście życzliwych, jesteśmy zwyczajnie razem. Moje poczucie normalności i zwykłości sytuacji jest wysokie. Dlatego gdy przypadkiem okazuje się, że w czyichś oczach nadzwyczajne jest, że to wszystko się jakoś udaje, nie popadam w załamanie, a nawet całkiem szczęśliwie żyję – no zupełnie nie wiem co mam  zrobić. Taka rozmowa brzmi nieco jak odczarowywanie jakiejś depresyjnej wizji, jakbym się stawiała w roli superbohatera, jakbym była nadludziem i robiła coś wielkiego. A przecież ja po prostu żyję tak jak to możliwe i jeszcze całkiem sporo mam do poprawy. Zawstydza mnie to. Nie mam potrzeby być postrzegana jako super-zaradna. Bywam waleczna, jak waleczni są wszyscy mierzący się z trudnością, ale nie interpretuję tego jako coś dużego. Nie radzę sobie z przygniatającym mnie współczuciem, wymieszanym z dawką średnio uzasadnionego podziwu. Jakoś mnie to wewnętrznie rozkłada. Że to tak wciąż może działać w ludzkiej świadomości. Że niepełnosprawny może być tak daleko od zwykłego życia w czyimś poczuciu. I, że tyle jest jeszcze roboty by móc to bezpowrotnie przełamać.

W zdawkowej rozmowie dodałam, że mogę liczyć na wsparcie bliskich, w tym męża – i tutaj usta Pani otwarły się szerzej. Męża mam? Poważnie? serio serio? Dodałam z lekką ironią, że dzieci się z powietrza nie biorą, na co moja rozmówczyni, że owszem tak, no ale… „wie Pani jak to jest”. Aha, czyli tak : można się było wystraszyć sytuacji i zwiać. Niepełnosprawna z dzieckiem to ciężki kawałek.

Gdy byłam dzieckiem fantazjowałam o pelerynie, która zaoferuje mi niewidzialność. Schowam się pod nią i będę przemykać cichaczem wśród ludzi. Żadne oczy się nie odwrócą, nikt nie zapyta, nie będzie uciekać wzrokiem albo przeciwnie przytulać zupełnie nagle czując zalewającą go dawkę współczucia wobec mojej niedoli. Zwyczajnie będzie.

Dziś nie mam  peleryny, dziś pokazuję się światu. Widzę to inaczej. Dziwne jest to czego nie ma. Czego nie widać, nie słychać, czego jest mało. Trzeba, żebyśmy stały się widzialne. Na obcasach, z makijażem, rzeką wartościowych słów do powiedzenia. Trzeba otwartości. Żebyśmy spowszedniały. Nie dziwiły, nie wywoływały podziwu. Nie znam żadnego niepełnosprawnego, któremu na tym podziwie rzeczywiście zależy.

Wszyscy gonią za tą samą marchewką. Za normalnością.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s