Pęd

Chylę czoła i kłaniam się nisko tym, którzy jeszcze tu zaglądają.

Witam po dłuższej przerwie.

Lubię poruszać kwestię samodzielności. Lubię analogię – dziecka i niepełnosprawnego. Jedno z drugim mocno mi się wiąże. Emocjonalnie czuję, że sytuacje zdecydowanie podobne. Znowu więc będzie o tym. Z trochę innej perspektywy – moich, dziecięcych wspomnień.

Z mojej jakże zawiłej historii leczenia, pamiętam sporo ” od nowa”, sporo „pierwszych razów”. Włącznie z fascynację wózkami inwalidzkimi, którymi się mknęło korytarzem z bandą młodocianych oddziałowych kumpli. Szczątkowe życie towarzyskie „zza muru”.

Zamiast wisieć na trzepaku głową w dół, trzeci raz w życiu stawiałam pierwsze kroki. Jedna ręka na poręczy, druga, po milimetrze noga za nogą, z potem na czole.  Z właściwą dziecku determinacją.

Ominęło mnie sporo – spontanicznych doświadczeń, wolności poznawania, chłonięcia świata takim jaki jest, bez ograniczeń chorobą.

Dopiero teraz widzę zwykłość dzieciństwa.

Widzę jak biegnie bosa z rozłożonymi rękami. Wspina się. Skacze w górę jak najwyżej. Zjeżdża na brzuchu, bokiem. A co – tyłem też się da. Realizuje myśli, wciela w życie pomysły. Patrzę na to i uczę się nie być lękowa. Wierzyć, że kiedy stawia stopę wysoko na sznurku, to wie, że jest to najlepsze z możliwych ustawień. Czuje i zna swoje ciało. Jest gibka, zwinna i niemal z gumy. Z piaskiem we włosach, szczerym uśmiechem, błyszczącymi oczami.

Bez względu na to, w którym miejscu tłucze mi się aktualnie głośno moje własne serce – nie mam wyjścia, muszę jej na to pozwolić. Dodać odwagi, podpowiedzieć rozwiązanie, które powstało tylko w głowie, bo nogom zabrakło siły, żeby realizować. Jest w tym trochę z drugiego dzieciństwa, które się świadomiej przeżywa w dorosłości. Patrząc. Rodzicielskie „oko wielkiego brata” , widzi, usta starają się nie wyrzucać z siebie obaw, trochę wzmocnionych niewiedzą.

Tak wiele przecież nie wiem. Wiele nie doświadczyłam. Cele były gdzie indziej, na sali rehabilitacji. Przeplecione chwilami oddechu i normalności, ale nigdy w sprawności takiej, jaką Ami ma dziś. Nie jest tego świadoma. Dla niej jestem mistrzem, nauczycielem świata. Nigdy nie widziała mnie chodzącej, a pyta jak zejść , zeskoczyć, wejść po drabince. Jestem ekspertem teoretycznym.

Jest coś co dziecięca ja i ona dziś – mamy wspólnego.

Pragnienie wolności. Ono pchało mnie do przodu, krok za krokiem, mimo bólu rąk od wbijających się w nie rurek. Ono pcha dziś ją do poznawania. Teraz w bezpiecznych granicach, z rodzicielskim parasolem ochronnym, potem – na własną rękę.

Gdy tak patrzę na to jak ona biegnie co sił w płucach – widzę siebie, jak mknę stromym korytarzem najszybciej jak potrafię. Wyprzedzając tłum. Z góry na dół, palę gumę. Rozkładam potem ręce na boki, czuję wiatr na twarzy i we włosach.  Nie chronią mnie żadne ręce, nie docierają ostrzegające słowa. Przez kilkadziesiąt sekund mknę w dół z zamkniętymi oczami. Wózek nie mój. Szpitalny. Swojego wtedy jeszcze nie miałam. Mam 11 lat, zdjęli mi gips, jadę na oddziałowym wózku. Z powodu szybkości, dźwięki mi się zlewają, bodźce są mętną masą. Mknę w dół w ekstazie wolności. Jeszcze nie wiem, że wkrótce tak już zostanie. Wózek i ja. Wtedy, po 6 tygodniach totalnego unieruchomienia, wózek był jak skrzydła z dodatkowym napędem. Przemyka mi przez głowę, że jest to prędkość, której nie osiągnęłam nigdy na własnych nogach. Prawie wyrzuca mnie z wózka na zakręcie.

Wiem jak mojej córce ta wolność i energia działania są potrzebne.

Nadal tak jeżdżę. Z tego się nie wyrasta.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s