O proszeniu – czyli znów o tym, czego od tych najmniejszych można się nauczyć.

Są takie chwile, kiedy dopada mnie myśl, że chociaż nie wiem jakbym tego chciała – nie ucieknę. Przed tym, że Ona widzi moje ograniczenia. Najnaturalniej na świecie. Szuka w swojej małej głowie sposobów by je ominąć, otworzyć mi możliwości. Nie, żebym się nad tym skupiała. W swojej świadomości staram się funkcjonować jak ten zwyczajny rodzic. Czasem – owszem – z dość specyficznymi potrzebami, których nie nagłaśniam jakoś szczególnie. Nie wałkuję tematu, nie skupiam się na nim. To wychodzi jej ze środka, ni cholery nie blokowane, nie sterowane, no żadne po prostu.. JEST.

– Tato tato! Tam jest wielki krawężnik! – gdy wracamy z kawiarnianego wc, gdzie pomagałam latorośli zrobić siku. Trzeba to było nieźle wykrzyczeć, biegnąc bosymi nóżkami do części ogródka, gdzie czekał tata. Przez wszystkie (zapełnione) stoliki.

– Ale tutaj jest dziura, tatusiu, jak mama przejedzie?
– Kamyczki? mama da radę?

Daję. Gdzieś się podskórnie buntuję przeciwko tym jej obawom, tej trosce małego człowieka, wizji zbyt dorośle przeżywanego dzieciństwa z nadmierną uwagą na mnie. Wyrobiłam sobie trochę bardziej mięśnie rąk, w trakcie tego systematycznego pokazywania, że nie ma problemu. Jakkolwiek metaforycznie to nie zabrzmi, ciągnę ten wózek.

Oprócz mojej paranoi karmiącej się wizją nadodpowiedzialnego dziecka okradzionego z beztroski czasów dzieciństwa, jest tu jeszcze druga lekcja. Taka, która się nazywa „Proszenie o pomoc”.

Czy mniej zasługuję na miano kochającego, opiekuńczego rodzica, gdy koła ugrzęzną mi w piachu i przyjdzie mi..poprosić o pomoc?
Czy mniej jest we mnie zwyczajnej mamy, kiedy nie brodzę z Ami w rzece bosymi stopami?
Nie jadę rowerem?
Nie robię tego wszystkiego, co z założenia, wymaga dwóch sprawnych nóg?

Kto jest tu dla kogo najsurowczym sędzią?
JA.
To ja się przedzieram przez własne kompleksy, tabu niepełnosprawności, funkcjonującej we mnie wyobrażeniowo jako coś zdecydowanie poniżej normy. Coś, z czym trzeba walczyć, co wymaga negacji, żeby jakoś „się żyło”

Proszenie jest trudne. Więźnie w gardle, bo zdaje się – podkreśla bezradność. Granicę możliwości. Porażkę.

Tak też mi się zdawało – długo. Aż się przyjrzałam, jak proszą dzieci. Kiedy się to odbywa. Po serii prób, z potem na czole, ale nigdy z miną przegranego. Z niemal dzikim uporem, determinacją, skoncentrowane na celu. Nie są wtedy mniej waleczne, niż przy samodzielnych próbach. Nie rozpada im się pieczołowicie budowany wizerunek wojownika.
Przegrana jest przecież tam, gdzie rezygnacja.
Nie tam, gdzie wsparcie. Nie tam, gdy grzęznące w gardłe „proszę” ujrzy światło dzienne.
Mówiąc je, nie składam rękawicy.
Dostosowuję strategię do aktualnej sytuacji.
Nadal walczę.

Tak – proszę moje dziecko, jeśli jest potrzeba.
Tak – zaczyna do mnie docierać, że zadziała tutaj tylko pokazywanie mojej sytuacji takiej, jaka jest rzeczywiście.
Znów się okazuje, że to nie Ona coś powinna – tylko JA.
Że dla mnie te krawężniki wyższe niż przeciętnie, schody i inne trudne podłoża mają zbyt wielkie znaczenie.
Tak – będzie je widzieć.
Tak – będzie reagować. Ja będę uczyć się prosić , wtedy gdy coś będzie trudne.
Powodów do wstydu brak.
Dopóki walczę – jestem zwycięzcą.
image

Reklamy

3 thoughts on “O proszeniu – czyli znów o tym, czego od tych najmniejszych można się nauczyć.

  1. Sama bym lepiej tego nie ubrała w słowa. Też jestem na wózku i też zmagam się z codziennością z moim mężem i 6-cio latkiem. Już nauczyłam się ich prosić o pomoc. Pozdrawiam.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s