Emocjonalniej

Nie wszędzie mogę się wdrapać używając swoich czterech kół. Są miejsca gdzie jest trudniej. Takie, przy których trzeba dłużej pomyśleć, jak się tam dostać, jak będzie najwygodniej.

Taki kopiec Krakusa np. Warto tam wejść – dla widoku, frajdy obserwowania świata z wysoka. Pokazać dziecku, samemu sobie, kolejny raz. Dla tego uczucia wolności w sercu, wiatru we włosach, świata u stóp.

Wymyśliliśmy strategię wejścia, która nie przewidywała udziału wózka, jedynie wykorzystanie mężowskich rąk, Ami natomiast dwunożnie, za rękę z ciocią. Zdaje się, że wytłumaczyliśmy, zgasiliśmy jej chwilowy niepokój, kiedy zobaczyła, że mama na ręce do taty, wózek zostaje na dole, a ona idzie. Wchodziła dziarsko, krokiem pewnym, bez większego strachu. Ja miałam za to serce w gardle, pomimo racjonalnych argumentów, że ścieżka szeroka i wystarczająca dla nas wszystkich. Ale matki tak mają – ich strach nie musi być racjonalny, żeby żyć.

Weszliśmy, endorfiny zintensyfikowały poczucie zwycięstwa. Wózka jak nie było tak nie ma, siadam zatem na krześle stworzonym z Mężowych kolan. Wtedy coś jej się otwiera, uruchamia znienacka, jak grom. Dostrzega wózek na dole. Z niezrozumieniem sytuacji i lękiem w oczach pyta się mnie, ta moja Mała Pchła ” A wózek? A wózek mamy gdzie? Gdzie mama siądzie?”. Tłumaczę spokojnie, że bez wózka wygodniej, tata mnie trzyma i siedzę tu.

Na nic. Łzy się leją, wielkie grochy na dziecięcej twarzy, jęk rozdziera mi serce, wdziera się głęboko. Uszy już nic nie słyszą, bo żyją emocje. Chwilę mi zajęło zanim rozgryzłam o co chodzi. Bała się o mnie bez wózka, bez wspomagania. Bała się mojej bezradności, zależności od innych. Straciła na tę chwilę stabilną wizję mamy, którą znała od zawsze, postrzegając tę moją kupę metalu jako coś  niezbędnego. A teraz nagle, gdy jej nie było, w tamtej chwili na samej górze – runęło jej pieczołowicie budowane poczucie bezpieczeństwa, sprzężone ze stabilnym obrazem swojej Mamy.

Ciocia ofiarnie przywozi pusty wózek stromą ścieżką z dołu. Przywraca dziecięcy spokój. Siadam tam, gdzie siedzę zawsze. Zrzucamy z góry maleńkie kamyczki, pokazujemy palcami nienaturalnie małe teraz, biegające pieski.

Myślami jestem gdzie indziej. Martwię się jej zmartwieniem, jej wrażliwością na mnie, troską maleńkiego dziecka o dorosłą przecież mamę. Martwię się o to czy to obciąża, obdziera z dzieciństwa i bezpowrotnie je zmienia. Martwię się tym, że nic nie potrafię z tym zrobić.

Nie chcę by była zbyt dorosła, bohaterska, nadwrażliwa i mało dziecięca. Bądź dzieckiem, małym i beztroskim. Nie bój się o mnie, to tylko wózek i tylko nogi, Mały Człowieku. Nie musisz czuć się za mnie odpowiedzialna. Nigdy nie będziesz musiała. Chociażbym miała stanąć na głowie.

Reklamy

Samodzielność

Samodzielność to moc. Wyzwala działanie, dzięki niej motywacja wewnętrzna szybuje do góry. Pozwala się realizować, czuć wiatr w żaglach, przed do przodu w poczuciu absolutnej wolności. Zawsze wysoce pożądana, w parze z satysfakcją, która się pojawia, gdy możemy działać czując własną sprawczość. Wpływ na to co się dzieje, kiedy się dzieje i w jaki sposób.

Mam mimowolny uśmiech na twarzy, gdy moja córka z zapałem próbuje się samodzielnie ubrać. Coraz więcej potrafi, z błyskiem w oku szuka rozwiązania. Lubię zostawiać jej przestrzeń na własne działanie – poszukiwanie rozwiązania, trening umiejętności, wzmacnianie w sobie poczucia kompetencji. W jej wypowiedzianym „ja sama” – kryje się tej potrzeby bardzo dużo.

Idziemy na spacer. Żeby wyjść musimy pokonać jedno piętro schodów. eM. trzyma rączki wózka i powoli zjeżdża po jednym schodku w dół. Mamy już opatentowane jak schodzić tak, żebym ja była cała i zdrowa i dziecko też. Najpierw idziemy my, potem córka, krok za nami, przy poręczy. Gdyby się potknęła lub poślizgnęła chwyci się pleców taty, albo wózka mamy, zamiast lecieć w dół. Ma przyjaciół. Ulubioną sprezentowaną przez jedną ciocię lalę bobasa i misia – małego Kubusia Puchatka przebranego w strój Prosiaczka (słowo, koncepcji producenta nijak nie rozumiem, ale jest przeuroczy) – zabiera ich ze sobą wszędzie – dumnie niesie w rączkach idąc na własnych nogach, nie chce dać do potrzymania nawet wtedy kiedy schodach. Przekłada do jednej ręki obie zabawki, a drugą trzyma się poręczy.

„Jeśli będziesz potrzebować pomocy, to powiedz, dobrze?” – pytam ją czasem.

Dam radę!” – odpowiada, bo jest już pewna swoich możliwości. Pozwalamy, idzie sama. Pielęgnowanie poczucia kompetencji i sprawstwa jest ważne, buduje, poszerza samoświadomość i wgląd w siebie. Czytaj dalej

Autonomia

Potrzeby są różne. Najpierw takie, które decydują o „być albo nie być”. O przeżyciu, możliwości rozwoju, dorastania w warunkach możliwie najbardziej sprzyjających. Stoją w swoistej hierarchii,. na początkowych szczeblach wspólne, dla każdej małej Istoty.

Pierwszy jest głód. Za nim sen. Bezpieczeństwo. Ciepło ciała, bliskość. Niezaspokojenie którejś z nich wzbudza alarm. Głośny, przenikliwy, docierający do mózgu, wydostający się z trzewi. Mataja wspominała kiedyś o tym dlaczego płacz noworodka i małego Dziecka jest tak bardzo nielubianym dźwiękiem dla Naszych uszu, i szybko bywa irytujący. Alarmy muszą takie być : gdybyś sobie ustawił/a budzik do pracy ze swoją ulubioną mp3-jką nie wstałabyś za cholerę. Płacz musi wwiercać się w mózg. Po to, by jak najszybciej wyzwolić reakcję, wezwać dorosłego. Na ratunek. Płacz niemowlaka włożonego do łóżeczka nie jest próbą „wytresowania” rodzica. Jest krzykiem o bliskość. Nawet zwierzęta nie zostawiają swoich młodych samych w nocy. Dawniej, gdy człowiek prowadził jeszcze koczowniczy tryb życia i spał pod gołym niebem, sen obok malucha był elementarny. Niemowle położone na ziemi, rozpaczliwie wzywało rodzica,w obawie przed zagubieniem.

Akceptowanie i realizacja potrzeb noworodka i niemowlaka przychodzi dość łatwo, jeśli wyzbyć się tego wszystkiego co dziecko „powinno” w odczuciu pragnących niezależności dorosłych. Jeśli iść za Nim, jedną wspólną drogą. Widzieć i słyszeć. Nie walczyć, a współpracować. Czytaj dalej